Polska→Cieszyn→kanapki cieszyńskie, czyli jak zostałem Kolumbem

„Ą”, „Ę”. Bon ton. Bułkę przez bibułkę. Polskę dawno już opanowała moda na kuchnię mocno nieoczywistą i importowaną z całego świata. Zajadamy się ramenem, eksperymentami kuchni molekularnej, wciągamy sushi, delektujemy się przegrzebkami, zagryzając je sałatką z alg morskich. A ja wam powiem, że czasami warto postawić na tradycję i wręcz niewiarygodną prostotę, ażeby stworzyć coś, co przetrwa… blisko 70 lat! Panie i panowie – poznajcie miejsce, w którym poczułem się niczym Krzysztof Kolumb odkrywający właśnie nowy nieznany ląd.

PSS Społem. Mówi wam coś ta nazwa? Pewnie tak, bo Spółdzielnia Spożywców istnieje w Polsce od czasów przedwojnia. W okresie PRL-u była niemalże potentatem i właścicielem większości sklepów w Polsce. W lepszej lub gorszej kondycji przetrwała do naszych czasów, choć mam wrażenie, że w większości z sklepów tej sieci czuć nieco ducha PRL-u. Na przykład panie ekspedientki są czasem ubrane w gustowne fartuszki, ceny na niektórych produktach są napisane (charakterystycznym pismem) ręcznie, czy w końcu panuje tam… hmm… pewna delikatna nieufność wobec klienta. To akurat mogę stwierdzić obiektywnie, bo wielokrotnie podczas zakupów czułem na swoich plecach uważny wzrok sprzedawców dyskretnie podążających za mną krok w krok, niczym mroczny Szpieg z Krainy Deszczowców podążał za Baltazarem Gąbką.

Ale umówmy się – choć w dobie ekspansji globalnych sieci sklepowych (na czele z pewną firmą z czerwono-czarnym owadem w logo) ten specyficzny klimat retro może śmieszyć, to jednak nie sposób odmówić mu pewnego uroku. A najbardziej fajne jest to, że czasami możemy tam trafić na prawdziwie epokowe odkrycia i poczuć się jak legendarny odkrywca Krzysztof Kolumb stawiający swój pierwszy krok na amerykańskiej ziemi. I tak się stało w moim przypadku, kiedy byłem po raz pierwszy w życiu z wizytą w Cieszynie. Stałem się odkrywcą!

No dobrze, od początku. Zanim trafiłem to tego miasta wydawało mi się, że Spółdzielnia Spożywców jest w dzisiejszych czasach raczej w odwrocie. Że powoli oddaje pola walki swoim bogatym, korporacyjnym konkurentom z Europy. Jednak w Cieszynie nie da się nie zauważyć, że… Społem w tym mieście to gigant! Należy do nich kilka mniejszych, średnich lub całkiem wielkich sklepów, a jedna z bardziej okazałych kamienic przy Rynku jest ich własnością, o czym dumnie informuje wielki napis na elewacji.

I jeszcze jedno – na kilku witrynach sklepów sieci zauważyłem reklamy zachęcające do zakupu „słynnych cieszyńskich kanapek”. Zaintrygowało mnie to, więc postanowiłem spróbować je odnaleźć. A kiedy już mi się to udało, poczułem się niczym Krzysztof Kolumb odkrywający Amerykę. Albowiem odkryłem nowy ląd! Ziemię obiecaną, terra novę smaku i prostoty, której na imię: kanapka cieszyńska. Moje pierwsze zetknięcie z Indianami nastąpiło w niepozornym cieszyńskim sklepiku przy ulicy Głębokiej. No dobrze, Kolumb miał trudniej, bo na ziemi do której przypłynął statkiem „Santa Maria” nie było szyldu „Ameryka”, natomiast na witrynie lokalu który ja odkryłem był z kolei wielki napis „kanapki”. Krzychu, przyznam że miałem łatwiej.

Ale – tak samo jak Kolumb, takoż i ja byłem podniecony wyczuwając nosem, że gdy dotrę na miejsce, to czeka mnie tam coś nowego i nieznanego. I podobnie jak on miałem zupełnie mylne wyobrażenie o swoim przyszłym odkryciu. Otóż Kolumb sądził, że dopłynął właśnie do Indii, ja natomiast byłem przekonany, że trafiłem do miejsca, w którym zjem klasyczną polską kanapkę w stylu: kajzerka przekrojona na pół z żółtym serem, pomidorem i zwiędłym plasterkiem ogórka w środku z kleksem jakiegoś sosu, żeby nie było sucho. O, jakże obaj byliśmy w błędzie…

Dobra, to teraz rozdzielam się dosłownie na moment od pana Krzysztofa Kolumba i skupiam się na moim prywatnym odkryciu. Otóż po wejściu do środka lokalu przy ulicy Głębokiej (niemalże przy samym rynku) trafiłem do niewielkiej przestrzeni podzielonej na dwie sale. W pierwszej z nich stoi kilka stolików z krzesełkami. Bez nakryć i obrusów, bo tutaj dominuje prostota. Natomiast w drugiej części pomieszczenia stoją dwie lady. I właśnie za jedną z nich zobaczyłem w końcu cel swoje epokowej wyprawy odkrywczej – słynne kanapki cieszyńskie. I już na pierwszy rzut oka okazały się one skrajnie różne od moich wcześniejszych wyobrażeń. Otóż występują one pod postacią okazałej kromki kromki świeżej bułki wrocławskiej, posmarowanej tylko z jednej z jednej strony masłem… oraz właściwymi dla danej wersji składnikami. Najbardziej znane i tradycyjne są dwie wariacje kanapkowe: pierwsza – ze świeżym śledziem, cebulką i niewielką ilością majonezu oraz druga – z sałatką  jarzynową.

Dokładnie tak – kromka bułki jest posmarowana sałatką doskonale znaną każdemu Polakowi z imienin babci czy też z Wielkanocy u wujka Stefana i cioci Tereski – na bazie gotowanych warzyw i majonezu. I to wszystko! Tak, naprawdę – tylko tyle i aż tyle, ażeby kanapka cieszyńska była od lat Świętym Graalem wszystkich lokalnych smakoszy. Albowiem tym, co decyduje o sukcesie tej przegryzki to świeżość i brak konserwantów i ulepszaczy, o czym dumnie informują tabliczki w lokalu. Kanapki okazały się pyszne i wręcz rozpływały się w ustach. Śledzik był wyborny, a sałatka jarzynowa zrobiona po prostu od serca, tak jak robi ją wspominana ciocia Tereska. Prostota i świeżość, moi drodzy, ot co! Drogie rameny, pracochłonne sushi, hummusy – cieszyńska kanapka bije was na głowę najprostszym na świecie konceptem i jest równie smaczna co wy. Ażeby dodać temu miejsca jeszcze więcej minimalizmu, każda z kromek podawana jest… na cienkim kawałku papieru. I to wszystko! Bez zbędnych talerzy, plastików czy tacek. Prostota, ot co!

Ale wcześniej, podczas składania zamówienia ponownie poczułem się niczym Kolumb płacący tanimi błyskotkami w zamian za cenne złoto otrzymane od Indian. Albowiem cena takiej kanapki wynosi około dwóch złotych za sztukę. Powiedzcie sami, czyż to nie raj dla odkrywcy? Zatem płaciłem blaszkami o nominale dwóch złotych na prawo i lewo, czasami dodając do tego do tego srebrniki o podłej wartości 10 czy 20 groszy, w efekcie czego zjadałem cztery kanapki na raz. Trzeba dodać, że od jakiegoś czasu w sklepach Społem w Cieszynie dostępne są też inne wariacje kanapkowe – na przykład z szynką i jajkiem, czy też pastą z makreli lub tuńczyka. Jednak klasyki są dwa – śledzik z cebulką oraz sałatka jarzynowa.

No i jeszcze coś – oprócz kanapek zakupimy tutaj na wagę kilka rodzajów sałatek (z najsłynniejszą, warzywną, na czele) oraz… ryby i przetwory rybne. Każdy w Cieszynie wie, że najlepsze makrele, halibuty, flądry czy też śledziki w kilku odmianach można kupić właśnie tutaj. Ciekawostka, prawda? Sklep z kanapkami i z rybami. I to wszystko. A jednak – ten koncept działa bez zarzutu!

No i na koniec, cholera, najgorsze! Bo ja naprawdę chciałem być tym pierwszym, odkrywcą, który natrafia na ziemię obiecaną i egoistycznie uważa się za pioniera. Niestety, prawda jest taka, że w tym przypadku spóźniłem się… o jakieś 70 lat! Bowiem kanapki cieszyńskie istnieją już od lat 40-tych XX wieku. Kilka pokoleń ludzi zajada się nimi i wszystko wygląda, że zajadać się będzie, bo każdego dnia sprzedaje się ich nawet 6,5 tysiąca (!), a ja sam stałem za każdym razem w długiej kolejce chętnych do ich zakupu. A co najciekawsze, ponieważ robione są na świeżo wczesnym rankiem, to okazuje się, że pod koniec dnia brakuje już tych najpopularniejszych smaków, zatem radzę się pospieszyć z zakupem. Podobno najlepiej schodzą te ze śledziem. Jednak pocieszam się tym, że Kolumb też przecież nie był pierwszym człowiekiem, który postawił swoją stopę w Ameryce. Wszak od wieków mieszkali tam tubylcy i doskonale znali to miejsce…

Dlatego, choć po wizycie w Cieszynie moje nazwisko nie trafi pewnie do encyklopedii wielkich odkrywców, to jednak cieszyńskie kanapki na listę moich prywatnych zachwytów już trafiły i zostaną tam na zawsze.

O najsłynniejszych zapiekankach i tostach we Wrocławiu przeczytasz klikając TUTAJ

Inne opowieści z moich podróży przeczytasz w książkach: „Miejsce za miejscem, czyli podróże małe i duże” oraz w jej drugiej części. Kliknij tutaj, żeby kupić książki.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem” w każdy wtorek o 10:40 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj