Kuba→zajęcza łapka i czarownica, czyli… jak działa internet

„Przepis na eliksir mocy jest następujący: do kociołka miedzianego włóż zasuszoną prawą łapkę zająca, do tego dodaj wywar z głogu, cztery wilcze jagody w noc świętojańską zebrane, kwiat czarnuszki i trzy zęby nietoperza, wcześniej w moździerzu utłuczone. To wszystko zmieszaj w najczarniejszą noc sierpniową, obracaj co godzinę w stronę księżyca, powtarzając na cztery strony świata: daj mi wielką moc…”. Brzmi jak przepis starej, kostropatej Baby Zielachy z XII wieku? Nie, to po prostu przepis na dostęp do internetu na Kubie.

Pamiętacie komiksy o Kajku i Kokoszu? Ba, na pewno – przecież to klasyka! Poczciwy zbój Łamignat, głupiutki książę Mirmił, sprytny Kajko i walczący z nadwagą Kokosz, u którego poziom tłuszczu było odwrotnie proporcjonalny do poziomu inteligencji. Ale ja najbardziej zapamiętałem z tych książek postać czarownicy Jagi – sprytnej starszej pani, która parała się przyrządzaniem magicznych eliksirów, tajemnymi zaklęciami i generalnie działaniami na pograniczu magii i guseł. Zapewne takich wiejskich bab parających się czarami było w średniowieczu całkiem sporo, o ile jakiś inkwizytor nie spalił ich na stosie ułożonym na pobliskim kartoflisku.

Przepis, który napisałem powyżej, jest akurat mojego autorstwa, ale domyślam się, że ich recepty na tajemne eliksiry brzmiały podobnie, bowiem tym sprytnym niewiastom chodziło o jedno – musiało to być na tyle skomplikowane, by ich obecność przy procesie tworzenia danego napoju magicznego stała się nieodzowna, czytaj: żeby te kobity miały zajęcie i cieszyły się swoją mroczną sławą, na której zarabiały krocie.

A kiedy byłem na Kubie i po raz pierwszy użyłem tam internetu, od razu przypomniałem sobie te średniowieczne czarownice. Bowiem ten, kto wymyślił równie skomplikowany i archaiczny sposób na uzyskanie dostępu do sieci na tej wyspie, zapewne chciał wytworzyć wokół korzystania z netu aurę tajemniczości, niedostępności i magicznego rytuału, nad którym tylko on panuje. A tym kimś jest aparat urzędniczy Socjalistycznej Republiki Kuby. Bo tu, moi mili, nic nie może być proste. Wszystko jest sztucznie skomplikowane przez władców tej krainy, a połączenie się z internetem – niczym przyrządzenie eliksiru mocy w średniowieczu – wymaga wielu tajemniczych i magicznych zabiegów.

W roli miedzianego kociołka występuje tutaj urząd telekomunikacyjny o nazwie ETECSA. To tutaj zaczyna się i kończy internet na Kubie. ETECSA dzierży niepodzielnie władzę nad tym medium i nie ma możliwości, żeby – chcąc skorzystać z sieci – ominąć ten państwowy urząd. A zatem na początku musimy poszukać instytucji z takim szyldem. Kiedy już uda nam się to zrobić, zawsze, ale to zawsze napotkamy w tym miejscu na kolejkę. Czasem na godzinę stania, czasem na dwie. Musimy uzbroić się w cierpliwość, w końcu naszym celem jest najpotężniejszy eliksir mocy naszych czasów, czyli internet!

Kiedy w końcu odstaniemy swoje i wejdziemy do środka, będziemy bacznie obserwowani przez groźnie wyglądającego i umundurowanego strażnika, który w końcu pokaże nam wolne okienko i każe do niego podejść. Teraz rozpoczyna się kolejna magiczna procedura, niezbędna niczym średniowieczny wywar z głogu, a mianowicie musimy pokazać pani w okienku nasz paszport oraz wizę wjazdową, które ona przez kolejne pięć minut dokładnie spisuje do swojego kajetu.

I wreszcie, po kilku lub kilkunastu długich minutach możemy poprosić o TO! Sekretny eliksir mocy umożliwiający nam połączenie z siecią i występujący na Kubie pod postacią… karty zdrapki! Tak, tak – bez niej niczego nie wskóramy. To Święty Graal wszystkich internautów na wyspie i mroczny przedmiot pożądania tych, którzy wiedzą co to takiego Google czy Facebook. Ale hola, hola – w tym momencie dochodzimy do kolejnej trudności, bowiem jedna karta zdrapka umożliwia nam korzystanie z dobrodziejstw internetu tylko przez godzinę i to wyłącznie na jednym urządzeniu. A co jeśli mamy na wyjeździe na przykład komórkę, tablet i laptop? Ano potrzebujemy trzech takich kart. Przy czym każda wystarczy nam na całe 60 minut surfowania.

„To proste” – myślimy sobie – „po prostu kupimy więcej kart”. I tutaj dochodzimy do kolejnej przeszkody, zgodnie z maksymą, że w systemie kubańskim nic nie może być łatwe. Otóż ilość kart do kupienia na jedną osobę jest ograniczona do czterech sztuk, niczym cztery zęby nietoperza w średniowiecznym przepisie. I nic z tym nie zrobisz, kochany! A jeśli chcesz zakupić ich więcej, musisz całą procedurę kolejkową powtórzyć jeszcze raz… Niestety, nawet miedziany kociołek w średniowieczu potrafił przeciekać, zatem i w systemie kubańskiego dostępu do internetowych kart zdrapek jest spora luka, bo jeśli nie mamy czasu na czekanie w kolejce, to zawsze możemy odkupić karty od koników, którzy oferują je nam podczas naszego stania w ogonku, oczywiście w znacznie wyższych cenach. Natura nie znosi próżni, ot co.

Kiedy wyjdziesz już z urzędu zaopatrzony w upragnione karty, czeka cię kolejny magiczny rytuał, niezbędny niczym zajęcza łapka w przepisie czarownicy. Otóż musisz znaleźć miejsce, gdzie połączysz się z internetem, a na Kubie tych miejsc jest niewiele. Zwykle są to okolice jakiegoś dobrego, kilkugwiazdkowego hotelu dla turystów, albo też (od niedawna) niektóre publiczne place. Zasada jest taka: rozglądaj się bacznie, a trafisz w końcu na miejsce, w którym będzie siedział tłumek ludzi zapatrzonych w swoje komórki. Tutaj na pewno jest zasięg. Oczywiście jedyna dostępna sieć na wyspie nazywa się ETECSA – tak jak urząd, w którym zakupiłeś kartę.

Teraz tylko wybierz w telefonie tę sieć, wpisz kilkunastocyfrowy (żeby było jeszcze trudniej) kod z karty, zdrap równie długie hasło, wklep je do telefonu… i poczuj się jakbyś utarł magiczne składniki w moździerzu w najczarniejszą noc sierpniową, bo oto wymarzony eliksir powoli powinien zacząć działać!

A gdy już połączysz się z upragnioną siecią, nie zapominaj o „obracaniu wywaru co godzina w blasku księżyca”, czyli o poruszaniu się z miejsca na miejsce, bowiem zasięg sieci jest zwykle słaby i zanika nam co chwila, zatem wędrówki z telefonem dookoła ławki czy drzewa przypominają rzeczywiście średniowieczne rytuały magiczne…

A najciekawsze jest to, że po godzinie musicie zacząć całą procedurę zaparzania eliksiru raz jeszcze. Od samego początku.

Niech moc będzie z wami.

Kliknij tutaj, żeby przeczytać o motoryzacji na Kubie i dowiedzieć się skąd na wyspie tyle starych samochodów.

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-