Co mają wspólnego przeraźliwie smutne oczy urzędnika skarbowego ze spiczastymi domkami z południa Włoch? Jakie patenty stosowano w przeszłości, aby oszukać poborców opłat? I jakie włoskie miasteczko ma najładniejszą nazwę na świecie? W tym tekście znajdziecie odpowiedzi na wszystkie te pytania.

Jakoś nie miałem nigdy przyjemności poznać osobiście kontrolera skarbówki lub poborcy podatkowego. Nie stanowię dla nich łakomego kąska, bo nie posiadam firmy zarejestrowanej na Kajmanach, nie rozumiem co to takiego ten VAT, a moje coroczne rozliczenie z fiskusem powierzyłem mądrzejszym od siebie.  Ale dwa razy w życiu widziałem urzędników skarbówki w akcji. Raz – na targowisku pod Halą Mirowską, kiedy to kupujący przede mną zamówił pietruszkę i pomidory na łączną kwotę 10 złotych 60 groszy, a gdy sprzedawca nie wydał mu paragonu – wyjął z kieszeni swoją legitymację skarbową.

A drugi raz w analogicznej sytuacji w Zakopanem, ale tym razem paragonu nie wręczyła urzędnikowi babina, która chwilę wcześniej zainkasowała od niego 15 złotych za oscypka. Obaj panowie urzędnicy byli ubrani w szare ubrania, mówili przygaszonymi głosami i w ogóle byli – proszę mi wybaczyć – trochę nijacy. Oczywiście nie ma się czemu dziwić – wszak nie mogli wyróżniać się swoim wyglądem, ażeby nie spłoszyć sprytnej baby z oscypkiem ani cwanego faceta z marchewką. Ale w oczy rzuciła mi się zwłaszcza jedna wspólna cecha obu poborców podatkowych: zapamiętałem ich przeraźliwie smutne oczy. W tym żałobnym spojrzeniu było zawarte ogromne i bezkresne wprost zadziwienie faktem, że ktoś próbował oszukać system oraz nieutulony żal za potencjalnie utraconymi przez skarb państwa trzema złotymi. Proszę mi uwierzyć – to były najsmutniejsze oczy, jakie widziałem w życiu.

Ale – ponieważ zwykle staram się rozchmurzyć smutnych ludzi – dzisiaj opowiem historię ku pokrzepieniu serc wszystkich poborców podatkowych. Otóż mimo tego, że czasem podatnicy starają się ich przechytrzyć i kombinują jak tylko mogą, to jednak w przeszłości prowadziło to czasem do powstania rzeczy oryginalnych. I tak właśnie stało się w rejonie Apulia w południowych Włoszech.

Otóż w XV wieku w Królestwie Neapolu uchawalono przepis, który nakładał ogromne podatki na właścicieli murowanych domów. A że – podobnie jak pan z Hali Mirowskiej i babina z Zakopanego – także Włosi nie przepadali za płaceniem haraczu na rzecz  państwa, zatem… zaczęli kombinować, jak by tu obejść prawo. A efektem ich kombinacji było powstanie domków zwanych trullo. Co to takiego? Są to zbudowane na planie koła, niewielkie domki z charakterystycznym spiczastym dachem – zbudowane w całości z wapiennych kamieni. Ich cechą charakterystyczną jest to… że do budowy nie używano żadnej zaprawy. Czyli – były one stawiane „na sucho”. A spiczasty kształt dachów brał się z konieczności – po prostu dzięki temu kamienie dachowe trzymały się wzajemnie, oparte na sobie jak piramida. A jaki był powód takiej dziwnej technologii budowania? Prozaiczny – albowiem kiedy rozchodziła się wieść o tym, że poborcy podatkowi krążą po okolicy i zbierają opłaty, zaradni właściciele domków szybko rozbierali ich dachy oraz częściowo ściany i z uśmiechem oznajmiali urzędnikom skarbowym, że jest to budowla nieukończona, a zatem nie muszą płacić za nią słonych opłat.

Ale, ale – czy nie przypomina to wam pewnego przypadku z naszego polskiego podwórka? Wszak niejaki pan Drzymała także oszukał system zamieszkując w wozie na kółkach, który – wedle ówczesnych przepisów – nijak nie mógł być uznany za pełnoprawny dom. Ale wracając Włoch, to wyobrażam sobie, że tamtejsi poborcy podatkowi sprzed wieków, usłyszawszy takie argumenty, musieli mieć w oczach jedną wielką ziejąca pustką otchłań smutku i melancholii… bo w świetle prawa nie mogli nic zrobić! Prosty patent okazał się niebywale skuteczny i wkrótce cała Apulia zaroiła się od charakterystycznych spiczastych budynków, które przetrwały do dzisiaj i to w dużej ilości. A jeśli ktoś chce obejrzeć najpiękniejsze z nich, to musi w końcu trafić do miasta Alberobello.

I tutaj mała dygresja. Jakże kanciasto brzmi młodzian, który przedstawia się pięknej kobiecie mówiąc jej, że mieszka w Tykocinie, Swarzędzu czy Zgierzu. Przy całej sympatii dla tych miejscowości, ich nazwy brzmią jak językowe zgrzyty, zwłaszcza wobec nazwy włoskiej miejscowości Alberobello. Mój Boże – ta nazwa ma w sobie tyle delikatności i melodii, że stawia ją to na podium najpiękniej brzmiących  włoskich imion miast. Bezapelacyjnie! A już panowie mówiący na pierwszej randce swoim damom, że pochodzą z Alberobello, zapewne zyskują dzięki temu 10 punktów awansem. Jednak miasteczko ma nie tylko zjawiskową nazwę… ale należy również do najbardziej oryginalnych miejscowości. I to w całej Europie.

Bo proszę sobie wyobrazić, że centrum Alberobello składa się z kilkunastu urokliwych i wąskich uliczek zabudowanych – jeden przy drugim – białymi domkami trulli. Spiczaste dachy mienią się w południowym słońcu, a całość wygląda jak z jakiejś nierzeczywistej bajki czy też z filmu o Hobbicie. Przy okazji możemy je sobie dokładnie obejrzeć z bliska. Uwagę zwracają niewielkie białe kule wieńczące dachy, a także… dziwne wzory, które widnieją na co drugim domku w części dachowej. Co to takiego? Przyjęło się tutaj, że przynoszą one szczęście mieszkańcom danego domostwa, choć wyglądają raczej na jakieś tajemnicze znaki zostawione przez kosmitów w zbożu.

W bielonych domkach w Alberobello ulokowały się liczne galerie, sklepiki, kawiarnie, restauracje i hotele. Ba, przy jednej z ulic stoi nawet okazały kościół trullo, którzy wewnątrz urzeka swoją prostotą i surowością. Warto wejść do środka kilku spośród  tych oryginalnych budynków, żeby zobaczyć na własne oczy, jak się tam mieszkało. Ba – bez problemu możemy wynająć taki domek na jedną lub kilka nocy, a ci, którzy się w nich zakochają – mogą je sobie nawet kupić, bo ofert nie brakuje. Nie tylko w Alberobello, gdzie rzeczywiście ich nagromadzenie jest największe, ale i w okolicach. Albowiem trulli na stałe wpisały się w okoliczny krajobraz i rzeczywiście jest ich w tym rejonie mnóstwo – zarówno okazałych, odnowionych i przebudowanych wedle nowoczesnych standardów, jak i tych mniejszych, zaniedbanych a nawet zrujnowanych – stojących samotnie, pośród gajów oliwnych na polach Apulli.

A może to tylko sprytny zabieg przed poborcami podatkowymi…?

W każdym razie w historii architektury Apulli ci smutni panowie odegrali niebagatelną rolę.

TUTAJ przeczytasz o tym, jak para dziennikarzy kupiła sobie pałac w Czechach… i co z tego wynikło!

Inne opowieści z moich podróży można przeczytać w książkach: „Miejsce za miejscem, czyli podróże małe i duże” oraz w jej drugiej części. Kliknij tutaj, żeby kupić książki.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem” w każdy wtorek o 10:40 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.pl. Archiwalnych audycji można posłuchać tutaj