Urugwaj→wolność, legalna trawka i najbiedniejszy prezydent na świecie

„Pisz sobie tam na tym blogu wszystko, tylko proszę: nie tykaj polityki” – radził mi kiedyś mądrzejszy ode mnie kolega. No, ale jak pisać o Urugwaju bez wątków politycznych? Nie da się. Dlatego dzisiaj „liznę” tylko tematykę światopoglądową, bo nie mam wyjścia. Gotowi na niesamowitą opowieść? No to lecimy.

Zacznę od banalnego stwierdzenia, że nie za bardzo szanuję zawodowych polityków. Jeśli czyimś patentem na życie jest robienie bliżej nieokreślonej „kariery” i miganie się z partii do partii przez kolejne lata, ba – jeśli ten ktoś zmienia poglądy jak koszule i żyje na koszt nas wszystkich, to trudno o szacunek dla takiego osobnika. Przy czym nie działają na mnie słowa o jakiejś „misji” czy „oddaniu sprawom Polski”. Tere-fere, srutu tutu. Zawodowi politycy są śliscy jak krzywy i omszały chodnik po deszczu i tak naprawdę większość z nich ma jedną misję: pożyć jak najdłużej na cudzy koszt i podpiąć pod żłób, gdziekolwiek aktualnie on się znajduje. Zawsze też robi mi się smutno, kiedy obserwuję członków tak zwanych „młodzieżówek partyjnych”. Zamiast poznawać świat, negować go, buntować się, smakować wolności… oni popitalają w wieku 17 lat w tych swoich śmiesznych garniturkach, udając dorosłych i za darmo noszą teczki za spasłymi posłami czy innymi podejrzanymi personami, licząc na to, że kiedyś dochapią się podobnej fuchy co ich opiekun. A gdzie młodość? Gdzie szaleństwa? Gdzie zabawa? Nie ma i nie będzie, przynajmniej w przypadku tej smutnej młodzieży.

Natomiast moje poglądy polityczne sprowadzają się do jednego kluczowego słowa, a mianowicie do WOLNOŚCI. W skrócie: „drogi polityku, urzędniku, naczelniku: proszę odczepić się od mojego życia – im was w nim mniej, tym lepiej. Mogę sobie robić to co chcę, oczywiście zgodnie z zasadami współżycia społecznego i nic wam do tego. I do momentu gdy nie czynię nikomu krzywdy, odczepcie się śliskie gady polityczne ode mojego życia”. Proste? No pewnie. Zatem ja po prostu nie życzę sobie, żeby polityk właził mi z buciorami do mojego mieszkania, oceniał mój patriotyzm, oraz to z kim sypiam, w kogo wierzę i co robię w wolnych chwilach – a kysz. Jak najdalej od osobistej wolności. Sio!

A kiedy kilka miesięcy temu byłem w Urugwaju i dowiedziałem się o zasadach, które tam panują oraz o standardach obowiązujących w polityce… nie wierzyłem własnym uszom. Oto bowiem na drugiej półkuli istnieje malutki kraj, w którym moje postulaty są w dużej mierze uwzględnione. Dlatego dzisiaj chcę o nim napisać.

Na początku zadam pytanie: skąd się u licha wziął tak liberalny kraj w samym środku konserwatywnej i mocno religijnej Ameryki Południowej? Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. Ale faktem jest, że już na przykład początku XX wieku wprowadzono tam w konstytucji ścisły rozdział kościoła od państwa, który zresztą do dziś obowiązuje i jest ściśle przestrzegany. Nie ma zatem płacenia na księży z państwowej kasy, a premier z ministrami nie tańczą pod rękę z zakonnikami podczas uroczystości urodzinowych pewnego radia, gibiąc się w rytm kościelnych pieśni. W każdym razie nie gibią się za publiczne pieniądze.

Kolejna sprawa – państwo nie zagląda obywatelom do łóżek. Od dobrych kilku lat w Urugwaju zalegalizowane są małżeństwa jednopłciowe, a od dekady takie pary mogą adoptować dzieci i nikomu, a zwłaszcza politykom, to nie przeszkadza. Przepraszam, ale ja nie zaglądam do sypialni wąsatych i bogobojnych asów naszego parlamentu, podczas gdy baraszkują ze swoimi żonami czy też z jurnymi asystentkami, więcej – zupełnie mnie to nie interesuje. Zatem niech i oni odczepią się od życia seksualnego swoich obywateli. Proste? No pewnie, że tak. Co jeszcze? Ano choćby temat kontrowersyjny, czyli aborcja. W Urugwaju jest dostępna na życzenie, zatem to kobiety decydują o swoim brzuchu, a nie „wszystkowiedzący” politycy.

Kolejną kwestią jest legalizacja marihuany. W Polsce politycy pokazują swoją obłudę, zarabiając od wielu już lat na podatku akcyzowym nałożonym na alkohol i papierosy, a jednocześnie ustalili surowe prawo wobec małolatów przyłapanych na posiadaniu grama trawki w kieszeni. Jakby uzależnienie od wódki było lepsze od uzależnienia od marihuany. Nie wspominając o tym, że zapewne sporej części spośród ustawodawców nieobcy był w życiu konopny posmaczek w ustach.  A tymczasem w Urugwaju każdy obywatel może na własny użytek sadzić sobie w domu do sześciu krzaczków marihuany – zupełnie legalnie! I komu to przeszkadza? Nikomu. Bo i co ma do tego państwo? Jeśli natomiast komuś się nie chce bawić w pomysłowego ogrodnika, to zawsze może zakupić sobie określoną i ograniczoną ilość zielska (40 gramów miesięcznie na osobę) w pobliskiej aptece. Także w celach medycznych.

Wszystkie zakupy są ewidencjonowane, ażeby handel nie wymknął się spod kontroli państwa na rzecz, na przykład, mafii narkotykowych. Zresztą z nimi w Urugwaju poradzono sobie doskonale, albowiem cena jednego grama marihuany jest ściśle określona urzędowo i przy tym niebywale niska, bo wynosi ona równowartość 1,3 dolara (około 5 zł). Poza tym „państwowy” susz ma bardzo wysoką jakość i nie dodaje się do niego żadnej oszukanej chemii. Sami powiedzcie – czy mafia jest w stanie konkurować z tak niską ceną? Dodatkowo dochody ze sprzedaży trawy idą w całości na profilaktykę antynarkotykową i walkę z uzależnieniami. Zakazana jest także reklama środków odurzających.

Urugwaj jest uznawany za jeden z najbardziej rozwiniętych krajów na świecie i… ma najbardziej wyedukowanych obywateli w całej Ameryce Południowej. I tutaj znów mamy mądrą politykę rządzących, którzy w 2009 roku podarowali laptopy wszystkim uczniom i nauczycielom w kraju, żeby ułatwić im naukę i podnieść poziom edukacji. Natomiast trzy lata temu rząd rozdał laptopy emerytom, żeby nie czuli się wykluczeni także w dziedzinie internetu. Można? Można!

No, ale na koniec zostawiłem najlepsze. A mianowicie chciałbym napisać o przepaści, jaka dzieli mentalność i skromność naszych rządzących od mentalności tych, którzy stoją na czele Urugwaju. A jest to przepaść o głębokości Rowu Mariackiego. Otóż wyobraźcie sobie na przykład prezydenta tego pięknego kraju o nazwisku Jose Mujica, który pełnił tę funkcję w latach 2010 – 2015. Otóż ten starszy pan, weteran walk opozycyjnych (w wyniku czego siedział nawet w przeszłości w więzieniu), zrezygnował  na przykład z mieszkania w wystawnym Pałacu Prezydenckim, bo było mu to do szczęścia zupełnie niepotrzebne. Każdego dnia dojeżdżał sobie do pracy ze swojego skromnego domku pod Montevideo. A czym dojeżdżał? Ano swoim niezawodnym, niemal 30-letnim niebieskim Volkswagenem „garbusem”, który to pojazd w zupełności mu wystarczał.

Poza tym Pepe – jak pieszczotliwie nazywają go obywatele – stwierdził, że dochody z farmy orchidei należącej do jego żony (na której on sam uwielbiał pracować z motyką w ręku w chwilach wolnych od urzędowania) w zupełności wystarczają na skromne życie, zatem oddawał 90% swojej prezydenckiej pensji na cele charytatywne. Wyobrażacie sobie europejskich czy też polskich polityków, którzy robią to samo? Bo ja jakoś nie… Nasi (uwaga, ironia!) „mężowie stanu” raczej są niezdrowo podnieceni perspektywą zasiadania w radzie nadzorczej jakiejś spółki, a na widok limuzyny rządowej i prywatnej ochrony ślinią się niczym mopsy, a przecież powinni mieć świadomość, że to my, czyli obywatele, im to fundujemy. Wydaje mi się też, że nasze wszystkie „Banasie” i inne politruczki, którzy zapominają regularnie wpisywać do swoich oświadczeń majątkowych drogich zegarków czy też przepisują mieszkania na żony i dzieci, w Urugwaju byliby spaleni do piątego pokolenia i nawet ich chomik oraz z rybka pływająca w akwarium w ich gabinecie nie mieliby do nich szacunku. Bowiem pazerność to brzydka cecha.

Fot: AP

Prezydent „Pepe” często spacerował po ulicach Montevideo, dosiadał się do mieszkańców na ławeczkach i rozmawiał ot tak, o życiu. Przy tym dla laika był on zupełnie nie do odróżnienia od innych obywateli, bo źle się czuł w garniturach, zatem ubierał się w ulubiony sweter i spodnie. Był zawsze dostępny dla potrzebujących i każdy mógł się z nim umówić, żeby przedstawić mu swój problem. Swego czasu media obiegło zdjęcie, na którym prezydent czeka w kolejce do państwowego lekarza, przy okazji rozmawiając sobie z pozostałymi pacjentami. To właśnie on, człowiek niebywale doświadczony przez życie, w dużej mierze był odpowiedzialny za legalizację marihuany. Stwierdził, że to nie dobrze jak nastolatkowie sięgają po narkotyki, ale jeszcze gorzej, jak trafiają za to do więzienia. I postanowił temu zaradzić… co też skutecznie uczynił.

Ale najwyraźniej politycy w Urugwaju muszą mieć podobne postawy we krwi, albowiem jego następcą został Tabaré Vázquez, lekarz z wykształcenia i powołania, postanowił po wyborze nie rezygnować ze swojej misji leczenia ludzi i raz w tygodniu, w piątek, stawiał się na dyżurze w szpitalu, ażeby operować ludzi. I jest dostępny dla zwykłych obywateli, zupełnie jak jego poprzednik.

Dlatego, moi mili, jeśli za rok, dwa trzy czy cztery z plakatów wyborczych rozlepionych na ulicach będą się znowu do was szczerzyć przedziwne persony, niemiłosiernie ulizane i ubrane w garnitury, z rękoma złożonymi w koszyczek (bo tak im doradzono), zapewniając, że „oni to robią” wyłącznie dla Polski – uśmiechnijcie się tylko pod nosem. I sprawdźcie czy ci śliscy osobnicy nie żyją czasem tylko z tego, że na nich co kilka lat zagłosujecie, a co najgorsze – czy przypadkiem nie żyją wyłącznie na koszt podatnika.
I przypomnijcie sobie jak to funkcjonuje w Urugwaju…

TUTAJ przeczytasz o jednym z najbardziej upiornych sklepów w Ameryce Południowej.

Inne opowieści z moich podróży przeczytasz w książkach: „Miejsce za miejscem, czyli podróże małe i duże” oraz w jej drugiej części. Kliknij tutaj, żeby kupić książki.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem” w każdy wtorek o 10:40 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj