Monako→kraina dobrobytu, czyli „trzeba mieć pieniądze i fantazję, synku”, cz.1

„Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego / aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego…” Czy znasz tę piosenkę? Pewnie tak, wszak to klasyczny utwór Fasolek, na którym wychowało się całe pokolenie dzieci – łącznie ze mną. Zatem dzisiaj użyjemy tego cudownego narzędzia jakim jest fantazja. A wszystko po to, żeby uświadomić sobie jak wygląda luksusowe życie milionera w księstwie Monako – krainie luksusu, blichtru i niewyobrażalnego wręcz bogactwa.

Czy jesteś gotowy na nietypową podróż? Tak? To wyobraź sobie, że… przenosisz się w lata 90-te XX wieku. Powiedzmy w sam środek 1992 roku. Polski kapitalizm dopiero raczkuje i jest w swojej chęci naśladowania Zachodu równie nieporadny, co ubrany w pieluchę smyk próbujący stawiać pierwsze kroki w nieznanym mu otoczeniu. Co bardziej zaradni zakładają błyskawicznie biznesy, handlując na ulicy czym się tylko da. Ci zręczniejsi dorabiają się nawet własnego punktu handlowego, tzw. „szczęki”, natomiast przebiegła elita handlarzy okupuje Stadion Dziesięciolecia, gdzie dumnie bije serce polskiego kapitalizmu pierwszej połowy lat 90-tych. To tutaj wyrastają błyskawicznie fortuny zarobione na sprzedaży jeansów, gaci, nielegalnego alkoholu, przemycanych papierosów oraz kaset z muzyką udających oryginalne nagrania, więc właśnie to miejsce jest wylęgarnią pierwszych tzw. biznesmenów.

A, że fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego, to i ty, drogi czytelniku, nie miej ograniczeń, zamknij teraz oczy i wyobraź sobie, że należysz do elity, czyli  jesteś jednym z tych właśnie ówczesnych bogaczy.

Masz na sobie gustowny dres, na nogach eleganckie czarne mokasyny z frędzlami, a do tego białe skarpetki, czyli najnowszy krzyk mody elity stadionowych krezusów. Takie panowały wówczas kanony mody… Pieniądze zarobione na gaciach, jeansach i płytach upychasz w torebce typu „nerka”, zawieszonej dumnie na biodrach. Po mieście jeździsz zaledwie 3-letnim Mercedesem sprowadzonym okazyjnie dla ciebie przez szwagra z Niemiec, a twoim ostatnim nabytkiem jest najnowszy krzyk mody: wielki, ważący 4 kilogramy telefon marki Centertel, który wraz z walizką robi za pierwszą w Polsce komórkę i którego zazdroszczą ci inni handlarze. Choć… czegoś ci jednak brakuje. Bo szalone wypady do Łeby, Władysławowa czy też do hotelu „Kasprowy” w Zakopanem przestają ci już wystarczać. Pragniesz czegoś nowego, chcesz zaznać prawdziwego luksusu i marzysz o wielkim świecie biznesu na Zachodzie. Zatem któregoś dnia decydujesz się wyruszyć na Lazurowe Wybrzeże, ażeby zobaczyć wielki świat. Twój wybór pada na Monako.

Czy to dobra decyzja? No cóż, to zależy. Bo jeśli dotąd wydawało ci się, że jesteś panem świata i bogaczem, wizyta w Monako może się dla ciebie skończyć tym, że wrócisz do kraju podłamany. Tutaj twoje wyobrażenie o własnym bogactwie może się porządnie zachwiać w posadach. Ba – istnieje ryzyko, że twoje dobre samopoczucie legnie w gruzach, niczym kruchy domek z kart.

Zacznijmy od samochodów. Przyjeżdżając tutaj swoim (prawie) nowym Mercedesem zapewne wydawało ci się, że zrobisz tym autem co najmniej takie samo wrażenie, jakie wywołujesz, kiedy podjeżdżasz nim pod Stadion. I tutaj spotkałoby cię pierwsze zaskoczenie i to zarówno w latach 90-tych, jak i dzisiaj. Bo Monako od wielu już lat jest miejscem, w którym na ulicach można zobaczyć najbardziej luksusowe samochody świata.

Przy czym najnowsze i najdroższe modele Mercedesa czy BMW stanowią jedynie tło przy wartych setki tysięcy euro, pojazdach takich marek jak Ferrari, Porsche, Bentley, Jaguar czy Rolls Royce. Przyznam, że w żadnym mieście na świecie nie widziałem wcześniej aż tylu luksusowych aut z najwyższej półki, co właśnie na ulicach Monako. Te samochody są niemalże stałym elementem tutejszego krajobrazu, zatem spokojnie można poczuć się jak na targach motoryzacyjnych we Frankfurcie, tyle że oglądamy najnowsze i najdroższe auta w ich naturalnym, miejskim otoczeniu.

Czymże przy nich byłby  twój biedny Mercedes, kupiony (okazyjnie) przez szwagra? Co najwyżej „puchem marnym, wietrzną istotą”, niczym więcej… Zatem pierwszy, jakże niemiły dysonans poznawczy, odczułbyś na własnej skórze już na początku wizyty w Monako.

Kolejną gorzką pigułkę musiałbyś przełknąć w tamtejszym porcie. Bo choć to porcik w gruncie rzeczy niewielki, to jednak aż roi się od luksusowych jachtów – począwszy od nieco mniejszych jednostek, aż po te największe, warte miliony euro, którymi można pływać po morzach i oceanach, pławiąc się przy tym w luksusach. Zresztą, wiele osób przychodzi tutaj właśnie po to, żeby poobserwować milionerów, którzy właśnie na swoich luksusowych jachtach zwykli biesiadować lub załatwiać wielkie interesy, popijając przy tym schłodzonego szampana Don Perignon…

Niestety, na taki jacht i na jego utrzymanie stać jedynie najbogatszych, więc obawiam się,  że choćbyś sprzedał na Stadionie nawet sto tysięcy gaci, nie mógłbyś pozwolić sobie na aż tak kosztowną zabawkę.

W końcu, będąc w Monako, na pewno trafiłbyś do najsłynniejszej dzielnicy miasta, czyli Monte Carlo. Położona na wzgórzu okolica słynie głównie ze słynnego rajdu odbywającego się po tutejszych uliczkach od 1911 roku.

Na północy z kolei jest usytuowana przyjemna plaża Larvotto, usypana w całości… z importowanego piasku, bowiem wcześniej były tutaj tylko kamienie. Można tu także zwiedzić monumentalną Operę (nie ustępującą niczym tej paryskiej, zresztą jest zaprojektowana przez tego samego architekta) czy też promenadę gwiazd piłki nożnej, na której swoje stopy odcisnęły takie sławy jak Ronaldo, Diego Maradona, czy też nasz swojski, wąsaty Zbigniew Boniek. Ale ta dzielnica jest przed wszystkim miejscem nieustannego festiwalu blichtru, luksusu i ostentacyjnego bogactwa. Tutaj bowiem mieści się najsłynniejsze kasyno w Europie, czyli Casino de Monte Carlo.

To właśnie w tym budynku, co wieczór, najwięksi milionerzy świata, ale także światowi celebryci znani z pierwszych stron gazet, przepuszczają swoje ciężko zarobione pieniądze. Oczywiście ubrani w stroje wieczorowe, bo w innym odzieniu obsługa nie wpuszcza do środka.

Niestety, tutaj twój dres nie przejdzie. Mokasyny zresztą też nie. Ale po przebraniu się w elegancki smoking i poznaniu reguł gry, także i ty mógłbyś spróbować swego szczęścia w grze. Choć pewnie zerkając na stolik obok i uświadamiając sobie o jakie kwoty toczy się tam gra, mógłbyś popaść w kolejny kompleks, bo Casino de Monte Carlo słynie także z wielkich fortun wygrywanych lub przegrywanych co wieczór…

CIĄG DALSZY PRZECZYTASZ KLIKAJĄC TUTAJ.

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-