Senegal→Saly, czyli afrykańskie plażowanie bez lukru.

Słowo „prawie” robi często wielką – ba, kolosalną! – różnicę. Kiedy kupimy w markecie podły, tani sikacz zwany dla niepoznaki piwem, które jest „prawie tak samo dobre” jak markowe, trzy razy droższe – rano nasza zbolała głowa uświadomi nam, że to jednak nie to samo. Gdy ze zdziwieniem zauważymy, że chińskie spodnie z bazaru za 30 złotych, „prawie tak dobre” jak te za 200, pękły nam na prawym pośladku po dwóch dniach od kupna i to jeszcze podczas udanej randki, także poznamy wagę słowa „prawie”. Na tej samej zasadzie Polska jest „prawie” potęgą światową, Bałtyk jest „prawie” jak Morze Karaibskie, Jarosław Kaczyński jest „prawie” jak Winston Churchill, a ja – „prawie” jak Tony Halik. Natomiast miejsce, do którego się dzisiaj udamy, czyli plaża w Saly w Senegalu, jest „prawie” luksusowym kurortem.

Ale na początku wyobraźmy sobie pana Waldemara. Z żoną Haliną od 35 lat tworzą wzorcową komórkę społeczną zwaną rodziną. Rok temu spędzili szalone wakacje w Chorwacji, wygrzewając się w słońcu, popijając darmowe drinki i robiąc tysiące zdjęć. Wtedy to właśnie poczuli się światowcami, a odważna Halina spróbowała nawet krewetek. Dlatego postanowili w kolejnym roku sięgnąć dalej i upolowali okazyjny bilet do egzotycznego Senegalu. A kiedy dotarli w końcu na miejsce, sądząc, że dostali się do upragnionego raju… spotkało ich zaskoczenie. Duże zaskoczenie. Bo miejscowość Saly, drodzy Państwo, jest wprawdzie kurortem, ale w afrykańskim tego słowa znaczeniu. I choć słońca tutaj nie brakuje, plaże są szerokie, palmy rozłożyste, a piasek piękny, to jednak – jest to „prawie” luksus. A pamiętajmy, że malutkie słówko „prawie” robi różnicę.

Zatem pierwsze zaskoczenie spotkałoby naszych światowców od razu po przybyciu. Kiedy ubraliby się w swoje kostiumy, nałożyli na ciała grube warstwy kremów, zabrali parawany i udali na plażę, odkryliby, że jest tam… brudno! A nawet bardzo brudno. Bowiem zupełnie inaczej niż w Chorwacji, czy we Włoszech, gdzie plaże sprzątane są codziennie, te w Senegalu porządkuje się rzadko, o ile w ogóle. Owszem, pojedyncze połacie piasku należące do pięciogwiazdkowego hotelu będą sprzątane częściej, jednak generalnie tamtejsze plaże pełne są papierów, plastikowych butelek, wodorostów i wszystkiego, co przynosi morze. Zważywszy na to, że w tym kraju nie występuje instytucja kosza na śmieci, a odpadki rzuca się po prostu na ziemię, nie powinno to dziwić, a jednak dla naszej wakacyjnej pary może to być pierwszy afrykański szok.

A im dalej od Saly, tym gorzej, bo gdyby – mając w pamięci zeszłoroczne romantyczne spacery po bałkańskiej plaży o zachodzie słońca – państwo Waldemarowie zechcieli iść na wędrówkę wzdłuż wybrzeża w kierunku sąsiedniego miasteczka Mbour, to spotkałoby ich kolejne zaskoczenie! Bo po przejściu dwóch kilometrów natrafiliby na… wielkie błoto i śmierdzący szlam, którym pokryta jest cała tamtejsza zatoczka, co nie powinno dziwić, zważywszy na to, że mieszkańcy czyszczą tutaj swoje krowy i konie.

Ale załóżmy, że nawet to nie zniechęciłoby pana Waldemara, a wypity wcześniej rum oraz zachodzące słońce spowodowałyby rozkwit romantyzmu u naszego bohatera, który nagle w czasie spaceru zapragnąłby wyszeptać swojej żonie Halinie kilka sprośnych słów do ucha. Niestety, w Senegalu ten liryczny nastrój nie miałby najmniejszych szans na to, ażeby rozkwitnąć. Bo mniej więcej co trzy minuty byliby zagadywani przez miejscowych. Przy czym tutejsze zaczepianie zaczyna się niewinnie, bowiem najpierw ktoś do nas podchodzi i pyta z uśmiechem, skąd jesteśmy.

Jeśli powiemy, że z Polski, dowiemy się, że on kojarzy Lewandowskiego, a w ogóle to wita nas w Senegalu i przy okazji zapytuje ile dni tutaj zostajemy i jakie mamy plany. Dopiero po kilku minutach takiej rozmowy okazuje się, że on całkiem niedaleko ma knajpę lub organizuje wycieczki dla turystów, a w ogóle to jego szwagier może nam wypożyczyć jutro jeepa. Unikalny mix afrykańskiego charakteru z arabską natarczywością sprawia, że każda, ale to każda rozmowa z miejscowymi kończy się próbą ubicia jakiegoś interesu. Ponieważ biały kojarzy się pieniędzmi, zatem mniej więcej co trzecia osoba z plaży próbuje nas zagadać, rozmowa trwa czasami bardzo długo, zanim okaże się, co tak naprawdę jest jej prawdziwym powodem.

Wspomnę tutaj jednego z moich rozmówców z plaży, skądinąd sympatycznego chłopaka, który chodził ze mną przez bite… pięć godzin, rozmawiając na wszystkie tematy i próbując przy okazji sprzedać kilka wycieczek oraz namówić na wizytę w barze u brata. A gdy innym razem trafił się Senegalczyk, z którym gadałem przez pół godziny o piłce nożnej (notabene okazał się dużym znawcą w tym temacie) i już miałem nadzieję, że rozmawia ze mną z bezinteresownych pobudek, to na końcu, kiedy już odchodziłem do hotelu, zapytał mnie, czy bym nie kupił mu nowych butów do futbolu, bo chciałby zostać słynnym piłkarzem, a nie ma w czym grać. No i oczywiście we mnie widział swojego mecenasa obuwniczego.

A gdyby tak samotna pani Halina wybrała się któregoś dnia na spacer po plaży? Też nie miałaby szans na spokój i chwilę zadumy, bo młodzi i wysportowani chłopcy nie daliby jej spokoju, składając propozycje, po usłyszeniu których, ze wstydu jej rumiane lico pokryłoby się w oka mgnieniu jaskrawą czerwienią… Tak, tak – tutaj panie z Europy w średnim wieku mogą poczuć się jak królowe życia, adorowane na każdym kroku przez żądnych euro i prezentów przystojnych młodzieńców.

Ponieważ, jak już wspominałem, w Chorwacji pani Halina spróbowała krewetki, zatem i w Senegalu zapewne chciałaby powtórzyć ten zuchwały wyczyn. A więc wcześniej czy później nasi światowcy zechcą pójść na  romantyczną kolację do lokalnej knajpy nad morzem, mając w pamięci obrazy bałkańskich restauracji, w których grała muzyka, a kelnerzy dyskretnie podlewali wino swoim gościom. No cóż, w Senegalu niezupełnie tak to wygląda.

Tutejsze bary na plaży w porównaniu z ich europejskimi odpowiednikami są bowiem niczym wspomniany podły i ciepły sikacz za 1,30 zł z najniższej puszki w markecie przy idealnie schłodzonym piwie trapistów z Belgii.

Knajpy na plaży owszem są, ale nazwanie ich restauracjami to jednak zbytnia przesada. Zwykle to zbite z desek budy z kilkoma krzywymi stolikami nakrytymi ceratą oraz plastikowymi, popękanymi krzesełkami dookoła. Rybkę, owszem można zamówić, ale raczej nie na romantyczną kolację, chyba, że chcemy spróbować jak smakuje jedzenie po ciemku. Tutaj bowiem elektryczność na plaży uznaje się za zbytni luksus. A zatem schadzka pana Waldemara z panią Haliną w takim miejscu po zmroku ograniczyłaby się co najwyżej do próby trafienia widelcem w rybę oraz quizu polegającego na odgadnięciu tego, co mamy na talerzu przed sobą.

Choć przyznam się, że raz trafiłem na  właściciela knajpy, który był zawodowcem i dbał o klimat w środku, więc triumfalnie włączył latarkę w swoim telefonie i postawił go na brzegu mojego talerza w roli żarówki. Byłem wzruszony, naprawdę.

No, ale może warto sobie czasami zrobić przerwę od plaży i postawić na spacery po tutejszym miasteczku Saly? Nasz pan Waldemar z małżonką zapewne mieliby jeszcze w pamięci romantyczne uliczki i zaułki chorwackich miasteczek z tamtego roku i także w Senegalu zechcieliby pozwiedzać miasto. Ale tutaj też czeka ich zaskoczenie, a raczej rozczarowanie. Bowiem Saly to raczej senna i nieciekawa miejscowość, której ulice pokryte są piaskiem, a śmieci zalegają dosłownie wszędzie. A pobliski Mbour to typowo afrykańskie, zakurzone, brudne, pełne samochodów chaotyczne miasto, w którym największą atrakcją jest meczet i targ, na którym pani Halina mogłaby sobie zakupić co najwyżej gustowny kapelutek.

Zatem następnym razem, kiedy państwo Waldemarowie z Bydgoszczy zechcą eksplorować kolejny egzotyczny kawałek świata, muszą przypomnieć sobie znaczenie słowa „prawie”, ale przede wszystkim uświadomić sobie, że świat jest, na szczęście, bardzo różnorodny. A poszczególne jego części różnią się od siebie, niczym markowe Levisy od chińskich portek pękających znienacka na prawym pośladku.

Tutaj przeczytasz artykuł o tym, co wyprawia się na plaży Yoff w Dakarze…

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-