Chiny→kuchnia, czyli kurze łapki, psie mięso, skorpiony i pijane krewetki (cz.2)

Kurze łapki? Pijane krewetki? Przeczytaj pierwszą część opowieści o kuchni w Chinach klikając TUTAJ.

Doskonale wiem, na co każdy z was czeka. Mianowicie na odpowiedź na pytanie: czy Chińczycy jedzą psy? Odpowiem tak: to skomplikowane. Nieprawdą jest, że to barbarzyńcy konsumujący mięsko czworonożnych przyjaciół. Uwierzcie, że mieszkańcy Państwa Środka szczerze kochają ten gatunek zwierząt, co zresztą widać na ulicach miast, po których spacerują Chińczycy wraz ze swoimi pupilami, których na pewno nie zamierzają zjeść, do diaska! Ale z drugiej strony, zwłaszcza na prowincji, wśród ludzi ciągle żywe jest przekonanie, że psie mięso ma cudowne i lecznicze właściwości. A skoro tak jest, to można je bez problemu kupić. Nie, nie jest to zabronione. Podobno od kilku lat służby sanitarne dbają jedynie o to, żeby likwidować nielegalne psie farmy, ale jak jest naprawdę… nikt nie wie.

Dobrze, przebrnęliśmy przez trudny temat, zatem możemy skupić się na innych smakołykach. Jesteście z tych, co lubią jajka? Mam dobrą wiadomość: w Chinach takie osoby mogą poczuć się jak w raju! Tutaj są one rarytasem, podawanym na kilkanaście sposobów. I tak oto możemy spróbować na przykład jajek gotowanych w herbacie. Przesiąkają smakiem naparu i smakują niecodziennie. Ale i tak najbardziej dziwnym wynalazkiem są tak zwane „stuletnie jaja”. Proszę uwierzyć, że jest to danie, którego lepiej nie oglądać przed zjedzeniem. Albowiem żółtko ma brązowozielony kolor, a białko robi się czarne. Wąchać też nie radzę, bo zapach jest bardzo specyficzny. Jak się je przyrządza? Wkłada się jajko do naczynia z wywarem z gliny, herbaty, soli i… niegaszonego wapna, dzięki któremu jaja na przemian nagrzewają się i stygną. I spokojnie dojrzewają sobie przez minimum sto dni, choć najbardziej pożądane są te mające kilka miesięcy lub nawet lat.

Kolejna charakterystyczna cecha chińskiej kuchni: otóż w zasadzie jest na pozbawiona pieczywa. Nie ma piekarni w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, więc Polak przyzwyczajony do zagryzania chlebem będzie w tym kraju niepocieszony. Istnieje oczywiście coś na kształt „chińskich sandwichów”, ale są one serwowane w białych bułkach, gotowanych na parze. Do środka wkłada się na przykład kawałki mięsa w sosie sojowym z warzywami. Taka potrawa musi nam zastąpić nasze polskie kanapki – na bazie cieplutkiego chleba prosto z piekarni. Za to Chińczycy kochają ryż. Jedzą go w ogromnych ilościach: na śniadanie, obiad i kolację. Zazwyczaj ma on nieco kleistą konsystencję, żeby dał się jeść pałeczkami, bo w Chinach sztućców nie używa się nigdzie. Radzę więc przed wyjazdem do Azji przejść szybki kurs używania tych prostych narzędzi kulinarnych, bo w przeciwnym razie będziecie skazani na bezpośrednią konsumpcję za pomocą dłoni…

Kolejny rozdział to chińskie zupy. Zwykle podawane w wielkiej misce, w której w bulionie pływa ogromna ilość makaronu, kawałków mięsa, tofu, grzybów, imbiru i innych warzyw. Najeść się tym można na cały dzień, więc radzę ostrożnie planować dobór drugiego dania, bo może się okazać, że przestrzelimy z ilością zamawianych potraw.

Co ciekawe, Chińczycy nie wyobrażają sobie podróży bez możliwości jedzenia w tym czasie swoich ukochanych zup, zatem kupują je na wynos do pociągów, w których są instalowane dystrybutory ciepłej wody – specjalnie po to, żeby można było zalać nią danie. Przygotujmy się na głośne odgłosy siorbania, które będą towarzyszyć nam podczas podróży chińskimi kolejami przez malownicze Państwo Środka. Tutaj zupy kocha się i już!

Ale hola, hola. To przecież zupełnie tak jak w Polsce, bo nasi rodacy też przecież dadzą się pokroić za talerz pomidorówki czy rosołu. Zatem może nie różnimy się aż tak bardzo? I tak właśnie jest, a na dowód opiszę wam kolejną potrawę łącząca naród polski z chińskim. A są nią pierożki, które zakupimy na (średnio) co drugim ulicznym stoisku w Chinach. Przy czym dominują duże pierogi przyrządzane na parze, podawane w plecionych koszykach. Obowiązkowo maczane w sosie sojowym, który jest niezbędnym składnikiem chińskiej kuchni.

Hej, ale przecież miałem pisać głównie o dziwnych potrawach. Otóż najdziwniejsze z nich zobaczyłem w Pekinie na Nocnym Targu Donghuamen. To tam właśnie, wędrując wąską i niebywale zatłoczoną uliczką, mamy spróbować setek potraw i przekąsek, w tym także… smażonych skorpionów!

Tak, tak – nie przesłyszeliście się. Są tutaj całe stoiska wyspecjalizowane w przyrządzaniu tych żyjątek. Niestety, skorpiony one nabijane na żywca na długi patyk, po kilka sztuk koło siebie i w tej formie, wijąc się niemiłosiernie, czekają na włożenie do gorącego tłuszczu. Ktoś chętny na takiego szaszłyczka? To zaledwie jedna z wielu tego typu „przegryzek”, bo tuż obok zakupimy larwy jedwabnika, chrząszcze, świerszcze i inne owady, także przyrządzone na chrupko…

Na koniec wspomnę o słodyczach, których jest tutaj istne zatrzęsienie. Ciastka, ciasteczka, przedziwne galaretki, leguminy… niestety, trzeba je zakupić, żeby spróbować ich smaku, który jest czasem.. dyskusyjny. Mnie na przykład trafiło się „zielone ciasteczko”, które okazało się słodkim ulepem o smaku… ryby. Przedziwne, prawda?

Najsmaczniejsze były jednak rajskie jabłka na patyku maczane w słodkim lukrze i sezamie. To popularna tutaj słodycz, którą możemy kupić na ulicy i którą wam z całego serca polecam!

I tylko dlatego, że byłem w Chinach zaledwie dwa tygodnie (zatem nie czuję się specjalistą w tym temacie), zakończę swoje kulinarne opowieści. Obawiam się jednak, że choćbym cały rok kontynuował ten wątek, to i tak nie wyczerpałbym tematu. Bowiem kulinarne Chiny to naprawdę temat-rzeka, co świadczy o ogromnych tradycjach i bogactwie tego kraju. Dlatego jeśli będziecie następnym razem w chińskiej restauracji w Warszawie i po zjedzeniu kurczaka w cieście lub sajgonek przypomnicie sobie ten artykuł i dojdziecie do wniosku, że jesteście gotowi na więcej oraz chcecie spróbować najprawdziwszej kulinarnej przygody – to wiedzcie o tym, że kuchnia tego kraju jest warta każdych pieniędzy wydanych na bilet do Chin.

Do której to podróży, z głębi serca, was namawiam.

Gdzie podają najlepszą pizzę na świecie i… jak smakują flaki prosto z ulicy? Dowiesz się, klikając TUTAJ

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce za miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-