Bum! Piorun szczęścia uderzył mnie nagle i znienacka. Działo się w to w japońskim mieście Nara, a w roli pioruna wystąpił ładunek endorfin, który sprawił, że chodziłem z uśmiechem na twarzy przez cały dzień mojego pobytu w tej miejscowości. Bo tak to już jest, że są na świecie miejsca naładowane energią i posiadające to ulotne „coś”, dzięki czemu podobają nam się w zasadzie od początku. Panie i Panowie – oto jedyna w swoim rodzaju, niesamowita Nara.

Droga czytelniczko lub czytelniku, jeśli trafisz kiedyś do Japonii, to z niemal stuprocentową pewnością trafisz też do miasta Kioto, które dla turystów przybywających do Kraju Kwitnącej Wiśni jest tym samym, co Kraków dla Polski. Wizyta w Kioto to pozycja obowiązkowa podczas wyprawy do Japonii, bo na miejscu wciąż jeszcze odnaleźć można starą drewnianą zabudowę, spotkać gejsze, a także zwiedzić około tysiąca (!) świątyń, z których Kioto słynie na cały świat.

Ale jeśli ktoś z was będzie miał jeden dzień w zapasie, to polecam opuścić na kilka godzin Kioto, wsiąść w pociąg i w ciągu kilkunastu minut znaleźć się w miejscowości Nara. I gwarantuję, że będzie to bardzo dobra decyzja, tym bardziej, że oba miasta dzieli odległość zaledwie 20. kilometrów. Bo Nara to miasto, które ma w sobie magię. I to bezwzględnie! Atrakcji tutaj nie brakuje i spokojnie można nimi wypełnić cały dzień, a i tak będzie nam mało.

Zacznijmy od tego, że Nara to miasto historyczne, podobnie jak sąsiednie Kioto. Ba, kiedyś to była nawet stolica Japonii i siedziba cesarza. Zatem nie ma się co dziwić, że znajdują się tutaj szczególnie cenne zabytki, wpisane na Listę UNESCO. Liczba świątyń także jest imponująca, zatem najlepiej obrać sobie za cel kilka spośród nich, bo wszystkich i tak nie zdążymy odwiedzić.

Zanim ruszymy w głąb miasta, czeka nas pierwsze zaskoczenie. Uwaga, czas na prawdziwy strzał i jednocześnie ogromną wartość dodaną pobytu w tym mieście. Mowa o danielach, potocznie zwanych jelonkami. Te piękne zwierzęta, które my w Polsce widujemy co najwyżej w ciągu kilku sekund, kiedy błyskawicznie przemykają przez leśne drogi, tutaj są pełnoprawnymi mieszkańcami. I spotkamy je w tym mieści niemal wszędzie.

Jeśli sądzicie, że jelonek to zwierzę płochliwe niczym filmowe Bambi – obiecuję, że po wizycie w Narze zmienicie swoje zdanie. Albowiem tutejsze zwierzaki nie boją się ludzi w najmniejszym stopniu, ba – traktują nas jako dostarczycieli jedzenia i współmieszkańców, z którymi żyją za pan brat, i to od setek lat!

A zatem spacerują sobie spokojnie po chodnikach i skwerach, skubią trawkę z pobliskich klombów i łaszą się do turystów i przyjezdnych. Oczywiście mają w tym cel, a są nim specjalne zbożowe ciasteczka, które można kupić w Narze przy ulicznych straganach i poczęstować nimi zwierzaki.

Skąd się tutaj wzięły? Przez Japończyków daniele są uważane za święte zwierzęta, a konkretnie – za posłańców bogów. Do 1637 roku za zabicie jelenia w Narze groziła nawet kara śmierci! A zatem nasze parzystokopytne nygusy rozmnażały się tutaj bez przeszkód i zupełnie nie kojarzą gatunku ludzkiego z zagrożeniem. To ewenement na skalę światową.

Szacuje się, że w mieście żyje około 1300 (!) danieli, zatem podczas naszej wycieczki po Narze spotkamy ich co najmniej kilkaset. I to jest kolejny koronny argument za wizytą w mieście, bo tak surrealistycznego zwiedzania w towarzystwie jelonków nie uświadczymy nigdzie indziej na świecie.

Gdyby ktoś miał wybrać jedno miejsce, które warto obejrzeć w  Narze, to z całego serca polecam świątynię Tōdai-ji. Dlaczego? Bo to jest po prostu sztos! Duże wrażenie robi już budynek świątyni, tak zwany Daibutsu-den . Oto przed nami budowla w starojapońskim stylu, zbudowana – uwaga – w ósmym wieku. Kawał czasu.

No i powiedzmy to sobie szczerze – ta świątynia jest ogromna! No i nie ma się co dziwić, wszak to największy drewniany budynek świata. Podobno kiedyś, przed rekonstrukcją na początku XVIII wieku, był jeszcze bardziej potężny, ale zmniejszono go wówczas o jedną trzecią. Ten wielki budynek zbudowano w jednym celu – ażeby umieścić w środku, wykonaną z brązu, rzeźbę Wielkiego Buddy, która mierzy 15 metrów wysokości.  Jest ona rzeczywiście ogromna, a dodatkowo po bokach ustawiono dwie groźnie wyglądające figury strażników naszego Buddy.

Warto obejść tego kolosa z boku oraz zajrzeć na tyły świątyni, gdzie znajduje się pewien okazały  drewniany filar podtrzymujący strop, z wyciętym na przestrzał dużym otworem na dole. Zwykle tuż obok stoi kolejka Japończyków z dziećmi. Po co? Już tłumaczę. Otóż ten wielki otwór na dole, przez który co chwila przeczołguje się jakieś japońskie dziecko (a nawet i dorosły) ma dokładnie tyle centymetrów, ile mierzy nozdrze posągu Wielkiego Buddy. Dzięki temu możemy sobie uświadomić wielkość tej figury. Natomiast ludzie czekający w kolejce i próbujący przejść przez otwór w filarze wierzą, że zapewni im to szczęście i pomyślność.

Ale ten wielki budynek to zaledwie część kompleksu świątynnego. Wchodząc na jego teren warto zatrzymać się także na chwilę przy głównej bramie. Wysoka na 25 metrów, jest zbudowana również z drewna, natomiast ogromne postacie strażników ustawione po bokach bramy mogłyby spokojnie grać w horrorze i to bez charakteryzacji. Miało być groźnie… i jest groźnie, a jak! Wszak co to za strażnik, który wygląda jak ciapa? Ci tutaj absolutni ciapami nie są, przynajmniej z wyglądu.

Co jeszcze warto zobaczyć w Narze?

Na przykład położoną w lesie świątynię  Kasuga-taisha, do której prowadzi droga, wokół której ustawiono kilka tysięcy latarni. Skąd się tutaj wzięły? Otóż pochodzą one od wiernych, którzy przynosili je tutaj już od XI wieku jako wota. Dziwne? A przypomnijcie sobie choćby prezenty od wiernych (na przykład naszyjniki i serduszka) wyeksponowane w Sanktuarium w Częstochowie. Tutaj chodziło o to samo. Latarnie zapalane są dwa razy w roku, z okazji tutejszych świąt na cześć światła: 3. lutego oraz 14. i 15. sierpnia. I wtedy otoczenie świątyni musi wyglądać naprawdę magicznie, choć i bez na co dzień robi wrażenie.

Jeśli chodzi o centrum miasta, to polecam także odwiedzić świątynię Kofukji (z imponującym dziedzińcem i muzeum w środku) a także zerknąć na niewielki zbiornik wodny Sarusawa Pond, który często pojawia się na zdjęciach z tego miasta. I niema się co dziwić, bo to jedno z tutejszych „instagramowych” miejsc.

Będąc w Narze udało mi też znaleźć się w idealnym miejscu o idealnej porze. Otóż kilka minut drogi od wielkiego drewnianego budynku mieszczącego posąg Buddy, znajduje się (położona na wzgórzu) świątynia Nigatsu-do. Dotarłem tam, gdy słońce chowało się powoli za horyzontem, natomiast kiedy na górze spotkałem kilka osób z aparatami i statywami patrzącymi z wyczekiwaniem na horyzont, już wiedziałem, że znalazłem się we właściwym miejscu o właściwej porze, i że czeka mnie zapewne piękny widok na zachód słońca. I nie myliłem się. Jeśli ktoś z was będzie o tej porze w Narze – koniecznie przyjdźcie tutaj. Czy warto? Ano sami popatrzcie.

Co ciekawe, po drodze mijałem też rozległe wzgórza, na których siedzieli ludzie oglądający zachód słońca w towarzystwie setek jelonków, które też najwyraźniej miały romantyczne usposobienie i także zerkały sobie na czerwone słońce zachodzące za horyzontem.

Wracałem z Nary późnym wieczorem, bo coś mnie wyraźnie trzymało w tej miejscowości i nie chciało puścić. Przez cały dzień chodziłem po okolicy jak nakręcony, a poziom endorfin w moim organizmie był zapewne rekordowy. Z doświadczenia wiem, że tak działa po prostu energia miejsca.

A w tym mieście ewidentnie jej nie brakuje.

Nara, wrócę na pewno. Do zobaczenia!

TUTAJ przeczytasz o pewnej nieoczywistej atrakcji Seulu.

Inne opowieści z podróży można przeczytać w moich trzech książkach . Kliknij tutaj, żeby kupić książki.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!