Tag: polecam

Francja→Paryż→Rue Saint-Denis, czyli paryski koktajl z charakterem

Dzisiaj zaserwuję wam iście diabelski koktajl. Tradycyjny i nowoczesny jednocześnie, smaczny… oraz doprawiony taką ilością pieprzu i chili, że jego smak wykrzywi nawet najładniejsze lico. Naszprycowany składnikami, które na pierwszy rzut oka wykluczają się nawzajem, ale finalnie okaże się, że idealnie do siebie pasują. Koktajl nosi nazwę rue Saint-Denis. I poleję go wam do szklanek…




Francja→Port Grimaud, czyli odważna wizja szalonego architekta

Opowieść o Port Grimaud na Lazurowym Wybrzeżu jest w zasadzie historią o spełnianiu szalonych marzeń, co umożliwiają duże pieniądze i nieposkromiona fantazja pomysłodawcy. Ale to miejsce jest też przykładem tego, że nie wszystko w życiu da się kupić, choćby nie wiem jak bardzo wypchany portfel miało się do dyspozycji. Luksusowe wakacje,dobry samochód, a nawet kilka;dwustumetrowy…




Niemcy→Hamburg→HafenCity, czyli wzorzec dzielnicy idealnej

Uwaga, uwaga, deweloperzy i architekci! Niniejszym oświadczam, że organizuję dla was weekendowy wyjazd do Hamburga, podczas którego obejrzycie z bliska jak powinna wyglądać idealna dzielnica mieszkaniowa. Uczestnicy dostaną na miejscu zakwaterowanie w hotelu pięciogwiazdkowym, codzienne diety, bar bez limitu oraz zwrot kosztów podróży! Czy są chętni? Gdybym był tak zwanym nababem (tą dziwną nazwą określa…




Jordania→Amman→restauracja Hashem, czyli wielka bitwa pana Stanisława

Miejsce ataku: restauracja Hashem w Ammanie, stolicy Jordanii.Cel ataku: pan Stanisław z Polski, lat 55, zaciekły mięsożerca. Środki użyte w walce: działa z kulek falafela i hummusu oraz naboje z kiszonych ogórków i rzodkwi.Wynik walki: miażdżące zwycięstwo kucharzy z restauracji Hashem oraz ostateczna kapitulacja pana Stanisława z Polski. W zasadzie rozpocząłem ten artykuł od końca….




Polska→Cieszyn→kanapki cieszyńskie, czyli jak zostałem Kolumbem

„Ą”, „Ę”. Bon ton. Bułkę przez bibułkę. Polskę dawno już opanowała moda na kuchnię mocno nieoczywistą i importowaną z całego świata. Zajadamy się ramenem, eksperymentami kuchni molekularnej, wciągamy sushi, delektujemy się przegrzebkami, zagryzając je sałatką z alg morskich. A ja wam powiem, że czasami warto postawić na tradycję i wręcz niewiarygodną prostotę, ażeby stworzyć coś,…




Lizbona→O Velho Eurico, czyli łzy szczęścia i krewetki jak marzenie

Płakałbym. Oj, płakałbym jak bóbr, nie mogąc powstrzymać wzruszenia wobec wspomnień, które przywołuje to miejsce. Bo tradycyjny portugalski chleb nasączony domową oliwą przypomniałby mi zapewne wizyty u mojej babci w małej wiosce nieopodal Lagos; krewetki w sosie pomidorowym obudziłyby w mojej duszy wspomnienie hucznych urodzin stryja z Porto, a już miękka jak masło ośmiornica w…




Warszawa→Plac Europejski, czyli Pat i Mat odpuszczają.

O najmłodszym placu stolicy, który – wbrew lokalizacji i wielu wcześniejszym obawom – przyjął się wśród warszawiaków znakomicie. Głównie dzięki temu, że zaplanowali go zdolni architekci, a nie – jak to niegdyś bywało –  wyjątkowo nieudaczny tandem w postaci urzędnika i drogowca. No to może zacznę od rozwinięcia tej myśli. Pamiętacie serial animowany „Sąsiedzi” o …




Wiedeń→Hotel Sacher, czyli Mick Jagger, luksus za 7 tysięcy euro i słynny torcik w tle.

Taki Mick Jagger to ma dobrze. Ba – wszyscy członkowie Rolling Stones mają dobrze. Latają sobie chłopy prywatnym odrzutowcem, piją najlepsze alkohole, a pieniędzmi z tantiem za odtworzenia ich piosenek na całym świecie mogliby wytapetować ściany w swoich domach. Nawet wypadki którym ulegają są też nieco luksusowe – wystarczy wspomnieć choćby ich gitarzystę Keitha Richardsa,…




Warszawa→Plac Grzybowski, czyli stołeczny miszmasz

Siedzisz sobie pewnego, pięknego dnia w swoim warszawskim mieszkaniu i nagle dzwoni telefon. Okazuje się, że to twój dawno nie widziany przyjaciel – niech będzie, że z Krakowa. Informuje cię, że za dwie godziny będzie na Dworcu Centralnym, bo ma godzinę przerwy w podróży i chce koniecznie zobaczyć jakiś ciekawy fragment Warszawy. I wiesz co?…




Sri Lanka→Fort Galle, czyli jak zostałem (no prawie) beksą

„Mamo, zabierz mnie z kolonii” – łkałem wieczorową porą, kiedy wychowawca zamknął już drzwi do pokoju w pensjonacie. – „Ja tu nie chcę być, nie podoba mi się” – darłem się wniebogłosy jak beksa, wycierając mokry nos w pidżamę. Miałem naprawdę dość Sri Lanki i już! Niestety – mama była bardzo daleko, a ja nie…




error

Podoba Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi!

Napisz do mnie
Zobacz mnie na Instagramie