Niemcy→kościół św. Lamberta w Münster, czyli zawód marzeń i… makabryczne klatki

Jakie tajemnice i niespodzianki może w sobie kryć stara wieża kościelna? Ta, o której chciałbym dziś opowiedzieć ma z jednej strony swoją ponurą, morderczą i mocno sadystyczną historię. A z drugiej – do dziś jest miejscem wykonywania zawodu, który dla wielu może się wydawać „pracą marzeń”! Zapraszam do wizyty w kościele świętego Lamberta w Munster.

Szacowna i budząca respekt katedra świętego Pawła położona na Starym Mieście w Münster ma powody do obaw. A co najmniej do niepokoju. Gdybyśmy bowiem przyjęli, że stare mury mogą odczuwać, a co za tym idzie zazdrościć innym budowlom, to szczerze mówiąc nie mam wątpliwości, że dostojna katedra nie raz musi czuć bolesne ukłucie zazdrości. Bowiem pomimo swojej wspaniałości, historii, czy zegara astronomicznego, który znajduje się w jej wnętrzu, to i tak najczęściej fotografowaną i wzbudzającą największe emocje świątynią w Münster jest kościół świętego Lamberta. Zbudowany w XIV wieku, w samym sercu starówki.

Budowla od razu zwraca na siebie uwagę. Przede wszystkim – to najwyższy budynek w starej części miasta Münster. Ale nie o wysokość tutaj chodzi. Ani o piękne, gotyckie wnętrze z zapierającymi dech w piersiach witrażami i rzeźbami. Otóż świątynia przyciąga uwagę głównie swoim wyglądem zewnętrznym. Kojarzy się nieco ze słynną katedra w Kolonii – ma podobnie omszałe ściany z kamienia i bogate zdobienia fasady, które od razu odróżniają ją od pozostałych kościołów w mieście. I sprawiają, że zauważamy ją w zasadzie od razu.

No ale kiedy staniemy pod kościołem i spojrzymy wysoko na jego smukłe wieże, zauważymy ze zdziwieniem coś jeszcze. Mniej więcej w połowie swojej długości…wiszą na niej trzy klatki. I to całkiem sporej wielkości. O co chodzi? Ano, jest to pozostałość, równie mrocznej co kolor świątyni, historii związanej z kościołem. Dodajmy historii godnej samego Markiza de Sade.

W XVI wieku powstał w Niemczech odłam protestantyzmu zwany anabaptyzmem. Jak sama nazwa wskazuje, anabaptyści uważali chrzest dzieci za zbędny,  podobnie zresztą jak konieczność budowania świątyń, ołtarzy, malowania świętych obrazów oraz negowali hierarchię kościelną.

Zatem – byli to rewolucjoniści religijni pełną gębą! I tak się składa, że niemieccy anabaptyści upatrzyli sobie właśnie miasto Münster na swoją siedzibę i to tutaj zaczęli przekonywać wiernych do swoich racji, a także wygonili z miasta ówczesnego biskupa. Dodatkowo ogłosili się niezależnym od kościoła miastem. Niestety, jak możecie się domyślać, w tamtych czasach konkurencja w branży religijnej, a do tego konkurencja która podważa wszelkie dogmaty nie była – delikatnie mówiąc – zbyt dobrze widziana. I to bardzo delikatnie mówiąc, bowiem władcy niemieccy, podburzani przez wkurzonych biskupów, nie patyczkowali się z rewolucjonistami religijnymi. Dodatkowo jeszcze postanowili się z nimi rozprawić wedle najlepszych, średniowiecznych wzorców. A te, jak wiadomo, zakładały spory margines fantazji w tym względzie.

Nie na darmo wynalazkiem tamtych czasów była instytucja kata czy też palenie ludzi na stosach. A zatem imć panowie władcy poddali trzech przywódców anabaptystów wymyślnym torturom, używając do tego między innymi rozżarzonych kleszczy, a na końcu ich zasztyletowali i poćwiartowali. Oczywiście cała ta ceremonia, zgodnie ze standardami średniowiecza odbyła się publicznie, w samym centrum miasta, nieopodal kościoła św. Lamberta. Ale chciano także dać przykład innym, którzy być może planowali podobne wolty religijne, zatem ciała trzech nieszczęśliwców umieszczono w klatkach… i powieszono – ku przestrodze – na wieży kościelnej, na zewnątrz. I tak wisiały sobie jakieś 50 lat. Przyznajcie, że w dawnych czasach to dopiero umieli się wymyślnie zabawić! Narzędzia tortur używane na anabaptystach można do dziś oglądać w tamtejszym muzeum, a klatki ciągle wiszą na wieży i przypominają o mrocznych odmętach historii.

No ale odejdźmy już od pokręconego średniowiecza. Bowiem  na koniec zostawiłem pozytywną historię związaną z tym samym kościołem i jego wieżą. Otóż jeśli narzekacie na swoją pracę, czujecie, że marnujecie swoje życie, a dodatkowo nie lubicie wstawać rano… wiedzcie, że jeden przypadek może nagle to zmienić. I to diametralnie! Otóż młoda dziewczyna Martje Salje, kilka lat temu szukała pomysłu na swoje życie. I właśnie wtedy przeczytała ogłoszenie, że miasto Münster poszukuje… strażnika wieży w kościele Lambert! A dokładnie kogoś, kto zastąpiły poprzedniego strażnika, który pracował na tym stanowisku 20 lat, podtrzymując z ten sposób długą tradycję miejską. Martje zgłosiła się, wygrała konkurs i tak oto – jako pierwsza kobieta w historii – stała się strażniczką wieży kościoła!

Każdego dnia, oprócz wtorku, Martje otwiera specjalne drewniane drzwi z boku kościoła, pokonuje 300 kamiennych schodów pod górę i stawia się punktualnie o 21:00 na wieży. A po co? Otóż wedle uświęconej wieloma latami tradycji, na specjalnej trąbie, która mierzy sobie niemal 1,5 metra długości, musi ona zagrać długie dźwięki i to na cztery strony świata. Począwszy właśnie od 21:00, co pół godziny, aż do północy powtarza całą ceremonię.

Zanim zagra na instrumencie, dokładnie obserwuje całą okolicę, bowiem z wieży rozpościera się piękny widok na miasto. I kiedy na przykład zauważy pożar, jest zobowiązana do grania na trąbie zupełnie innych dźwięków, które są sygnałem alarmowym dla mieszkańców i dla straży pożarnej. W odległej przeszłości strażnicy miejscy wypatrywali oprócz pożarów także nadchodzących z daleka wrogich wojsk, ale dziś na szczęście to już jest nieaktualne. W każdym razie Martje, strażniczka wieży w Münster, spędza sześć wieczorów w tygodniu w swoim pokoiku na wieży kościelnej i od 21-szej aż do północy, co pół godziny wygrywa sygnały na trąbie na cztery strony świata. Przyznajcie, że to oryginalna i fajna praca! Spokojna, powtarzalna i… w gruncie rzeczy odpowiedzialna, bowiem mieszkańcy byliby zaniepokojeni, gdyby dźwięki słyszane w mieście od setek lat, nagle umilkły. A poza tym można zaoszczędzić na karnecie na siłownię, bo pokonanie dziennie w sumie 600 schodków… to już jest konkretny trening! Tylko te klatki wiszące nieopodal miejsca jej pracy mogą trochę psuć humor.

Początek drogi na wieżę kościelną

A dlaczego strażniczka ma wolne we wtorki? Otóż według kronik miejskich, od setek lat w tym dniu w Münster bywa wyjątkowo spokojnie. Dlatego i ona może dowolnie zagospodarować każdy wtorkowy wieczór tylko dla siebie.

Dlatego właśnie pobliska katedra Świętego Pawła może być nieco zazdrosna o swojego słynnego kościelnego sąsiada. Bowiem kościół świętego Lamberta wyróżnia się nie tylko swoim dostojnym wyglądem, ale przede wszystkim fascynującą historią, która mogłaby spokojnie posłużyć za scenariusz filmowy… Pamiętajcie o tym, żeby koniecznie odwiedzić to miejsce podczas waszych podróży!

TUTAJ przeczytacie o pewnym nieprzyzwoicie luksusowym hotelu w Wiedniu.

Inne opowieści z moich podróży można przeczytać w książkach: „Miejsce za miejscem, czyli podróże małe i duże” oraz w jej drugiej części. Kliknij tutaj, żeby kupić książki.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem” w każdy wtorek o 10:40 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.pl. Archiwalnych audycji można posłuchać tutaj