Niemcy→Monachium kulinarne, cz.2

Pierwszą część opowieści o kulinarnej odsłonie Monachium przeczytasz TUTAJ

No dobrze, a co jeśli chcemy zaimponować naszej drugiej połówce po niesławnej wpadce, kiedy to okazało się, że w warszawskiej restauracji nagrodzonej jedną gwiazdką Michelin trzeba czekać pół roku na rezerwację i ważną rocznicę musieliśmy obchodzić w pierwszym lepszym barze za rogiem? No cóż, mam dobre wieści! Bowiem pod tym względem stolica Bawarii wypada imponująco. Otóż albo inspektorzy Michelin mają jakąś szczególną słabość do Monachium, albo po prostu tutejsze lokale trzymają bardzo wysoki poziom, bo w tym mieście restauracji z prestiżowymi tytułami tego przewodnika jest… kilkanaście! Przy czym część z nich ma więcej niż jedną gwiazdkę. A zatem jeśli ktoś chce zakosztować doskonałej i wykwintnej kuchni, powinien koniecznie tu przyjechać, by przez kilka dni jadać tylko i wyłącznie w lokalach nagrodzonych najbardziej prestiżowymi laurami na świecie. A co najlepsze, ceny w nich naprawdę nie zwalają z nóg i często bywają niższe niż w naszym poczciwym „Atelier Amaro”.

Ja także zapragnąłem spróbować dań podawanych w jednej z takich restauracji i tak oto trafiłem na jedno z pięter hotelu „Königshof”, gdzie mieści się restauracja nagrodzona jedną gwiazdką Michelin. Panowie – jeśli przyjdziecie tu na obiad z wyjątkowo wymagającą damą, to trafiliście w sedno! Tutaj można poczuć się iście po królewsku. Już wizyta w łazience uświadamia nas, że nie ma żartów. Marmurowe ściany, malutkie bawełniane ręczniki w miejsce papierowych oraz wybór mydeł i kremów do rąk przy umywalkach… przyznacie, że to już świadczy dobrze o lokalu. Radzę także ubrać się odpowiednio na kolację, bo wystrój wnętrz należy do tych najbardziej eleganckich.

Ale największe wrażenie robi obsługa kelnerska. Przyznam, że pracownicy tej restauracji zasługują na sześć gwiazdek w sześciogwiazdkowej skali. Znają menu na pamięć i mogą opowiedzieć o każdym daniu z najdrobniejszymi  szczegółami. Ktoś nie lubi mięsa? Nie toleruje laktozy? Żaden problem, oni szepną tylko słówko kucharzowi, który coś dla nas specjalnie przygotuje. Dobór wina? Kelnerzy też podpowiedzą nam najlepsze, opowiadając ze swadą o smaku każdego z nich, a wszystko to z uśmiechem i luzem, które sprawią, że – mimo eleganckiego otoczenia – po jakimś czasie zaczynamy się czuć tutaj swobodnie. I o to chodzi!

A jedzenie? O Święta Klementyno! Przygotujcie swoje żołądki na wybitnie smaczną wyprawę do krainy rozkoszy. Po wizycie tutaj już nic nie będzie takie samo, a obiad w, jak dotąd ulubionej naszej knajpie, przestanie nam już tak smakować. Przy czym bądźcie gotowi na degustację w tym miejscu kilku niewielkich dań, bo założeniem tej knajpy jest to, żeby popróbować jak największej ilości smaków.

Zatem, co jakiś czas, niebywale miły kelner przynosi nam kolejne talerze i odkrywa przed nami następne poziomy raju. I tak oto na początek dostajemy malutki pasek suszonej wołowiny, z małym kawałkiem lokalnego sera i połówką jajka przepiórczego, a obok jest podany doskonały tatar.

Kolejna potrawa? Dwa genialnie przyrządzone kawałki ośmiornicy w sosie własnym, które wręcz rozpływały się w ustach.

Po chwili kelner przyniósł następny talerz, tym razem z ośmioma malutkimi kawałkami surowej i marynowanej ryby nadziewanej migdałami, podanej z pietruszkowym pesto. Jak się okazało, kulinarny Olimp zajmuje całkiem niewiele miejsca, bo zmieścił się on w całości właśnie na tym talerzu. Gdyby w języku polskim istniało mocniejsze słowo niż „przepyszne” to bym go użył, ale ponieważ nie istnieje, to na tym się zatrzymam, choć serce każe wykrzyczeć coś ponadto.

A przecież dalej było jeszcze lepiej, bo kolejnym daniem było mięciutkie foie gras w towarzystwie figi i domowej konfitury, a tuż po tym kelner postawił przede mną kolejny kawałek ryby z awokado i sosem migdałowym. Natomiast na koniec uczty spróbowałem idealnie usmażonej sarniny w sosie grzybowym, zastanawiając się w duchu, czy gdzieś na świecie istnieje danie bardziej perfekcyjne od tego?

I jeszcze deser: dwie kulki lodów domowych podanych na brzoskwini z musem pistacjowym. Nie wiem jak wy, ale ja już wiem co czeka nas w raju. To coś ma brzoskwiniowo-pistacjowy smak i jest dziełem kucharza z restauracji „Konigshof”. Trzeba też dodać, że raz na jakiś czas do stolika podchodził kelner z wózkiem pełnym alkoholi, a wino podane do posiłku pochodziło z małej winnicy należącej do właściciela hotelu. Idealne dopełnienie idealnego posiłku.

No dobrze, ale co jeśli mamy ochotę popróbować kuchni ulicznej i umówić się ze znajomymi na obiad w nieco mniej zobowiązującym miejscu? Ano, wówczas wszystkie drogi prowadzą na „ViktualienMarkt”. Kolejne niesamowite miejsce położone w samym centrum Monachium. To duże targowisko na którym będziemy mieli okazję kupić świeże owoce, warzywa, kwiaty, przyprawy, pyszne niemieckie sery i wina oraz wędliny… a nawet kilkadziesiąt rodzajów miodów, bo w jednej z alejek natrafimy na stoisko, które specjalizuje się tylko w wyrobach będących efektem ciężkiej pracy pszczół.

To bardzo popularne miejsce tętniące życiem od rana do wieczora, ale trzeba pamiętać, że oprócz zrobienia zakupów, możemy tutaj także porządnie zjeść, mając do wyboru kilkadziesiąt barów, których stoliki ustawione są na zewnątrz. Szczególną popularnością cieszy się czy też „Münchner Suppenküche”, gdzie spróbujemy smacznych i treściwych zup w kilkunastu odsłonach. Mieszkańcy szczególną słabość mają tez do przekąskowego baru „Kleiner Ochs’nbrater”.

A może ktoś ma ochotę na naprawdę wykwintne zakupy? I ceni sobie na przykład możliwość wyboru spośród kilkudziesięciu rodzajów kawy czy herbaty? Albo szuka dla siebie najbardziej oryginalnego smaku sera z Francji? Nic prostszego, wystarczy odwiedzić najsłynniejsze w mieście delikatesy „Dallmayr”.

Powiem tak: już sam widok tych cudów za ladą powoduje ślinotok, więc radzę udać się tam kiedy jesteśmy najedzeni. Bo tylko w tym przypadku mamy szansę wyjść z tego miejsca bez dramatycznych ubytków na karcie kredytowej, a uwierzcie mi, że wobec obezwładniających widoków setek czekoladowych pralin, setek wędlin z całego świata czy też najlepszych owoców morza, człowiek staje się wyjątkowo podatny na zakupowe pokusy. Ale największe wrażenie robi wybór kaw i herbat z najlepszych plantacji z całego świata, które kupujemy tutaj na wagę z wielkich pojemników. Jeśli natomiast zgłodniejemy, na miejscu można skorzystać z usług restauracji „Alois Dallmayr”, nagrodzonej – bagatela – dwiema gwiazdkami Michelin. Smacznego!

No i na koniec muszę wspomnieć o kuchni tureckiej, która tutaj jest naprawdę godnie reprezentowana. Monachium od wielu już lat jest zamieszkane przez silną mniejszość turecką, a jak wiadomo kuchnia tego kraju należy do jednych z najbardziej lubianych na świecie. W stolicy Bawarii znajdziemy zatem cały kwartał ulic zamieszkany przez Turków, na których możemy wybierać spośród kilkunastu restauracji serwujących jedzenie rodem ze Stambułu. Ja polecam szczególnie „Antep Sofrasi”, gdzie zjecie genialne mięso z baraniny i popijecie doskonałym ajranem i poczujecie się jak w małym, tureckim  miasteczku. Ja zamówiłem tam tzw. pizzę turecką, czyli lahmacun.

Cudowny placek z niewielką ilością baraniny, skropiony cytryną i podany w towarzystwie sałatki i ostrego sosu… był mistrzostwem świata! Natomiast jeśli dodatkowo pochodzicie po okolicznych uliczkach, będziecie mogli odkryć malutką piekarnię z tureckimi, jeszcze ciepłymi chlebkami lub też cukiernie z doskonałą baklawą i innymi słodkimi specjałami.

Dlatego jeśli wybieracie się w najbliższym czasie do Bawarii, koniecznie poświęćcie swój cenny czas na wizytę w Monachium. Ja wiem, że muzea są tutaj niezwykle ciekawe, a Stare Miasto potrafi wciągnąć turystę na dobrych kilka godzin. Ale nie zapomnijcie, że jesteście w mieście, które jest jedną z najbardziej fascynujących, pod względem kulinarnym, metropolii w Europie. I korzystajcie z tego na całego! A jeśli uznacie, że za moją radą trafiliście do jednego z opisywanych przez mnie pysznych miejsc i chcecie mi się jakoś odwdzięczyć – to z przyjemnością przyjmę od was płytę z tradycyjnym, bawarskim jodłowaniem.

Bo któż z nas nie lubi tego od czasu do czasu posłuchać?

Tutaj przeczytasz mój kulinarny przewodnik po Neapolu.

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-