Etiopia→Addis Abeba→Restauracja Habesha 2000, czyli w pogoni za zepsutym naleśnikiem

Oto opowieść o pewnym skisłym naleśniku z Etiopii oraz o tym, jak w maju tego roku stał się on moim przekleństwem i zarazem obiektem pożądania. Ale będzie to też historia o tym, jak ten nadpsuty placek wytworzył mi w głowie teorię spiskową i dlaczego myślałem przez dobrych kilka dni, że moja wycieczka na kontynent afrykański to jedna wielka mistyfikacja przygotowana przez złowrogie siły rządzące światem telewizji.

Pamiętacie film „Truman Show” z Jimmy’m Carrey’em w roli głównej? Główny bohater żył sobie przez całe życie w małym miasteczku i nie miał świadomości, że od urodzenia jest podglądany przez setki kamer, a rodzina, znajomi i ludzie dookoła niego to tylko podstawieni aktorzy i statyści, bowiem jego życie to po prostu wyreżyserowany show telewizyjny, w którym on sam gra nieświadomie główną rolę. Otóż muszę się przyznać, że po obejrzeniu tego filmu… aż przysiadłem z wrażenia! Albowiem przyznam się z ręką na sercu, że w dzieciństwie czułem się podobnie jak Truman i często zastanawiałem się, czy aby moje życie nie jest dziełem jakiegoś reżysera, a odległy i egzotyczny świat oglądany w telewizorze tak naprawdę nie istnieje. To tak jak z transmisją lądowania człowieka na Księżycu – do dzisiaj jest teoria, że w rzeczywistości ono się nie odbyło, a w telewizorach całego świata wyemitowano tylko przedstawienie, które było sprytną mistyfikacją.

Otóż moja teoria spiskowa wróciła do mnie ponownie w maju 2018 roku, kiedy wylądowałem na ziemi etiopskiej i postanowiłem spróbować tamtejszego specjału zwanego injerą. Co to takiego jest? Ano, powiedzieć, że to główna potrawa spożywana w Etiopii, to jakby nic nie powiedzieć. Można zaryzykować stwierdzenie, że mieszkańcy tego kraju w zasadzie jedzą tylko injerę i nie wyobrażają sobie choćby jednego dnia bez tego przysmaku. Ale – czy aby na pewno jest to przysmak? Nie szarżowałbym z tym określeniem, bowiem to danie to nic innego jak naleśnik z… nadpsutego ciasta! Tak, tak, ciasto na bazie teff (tak zwanej miłki abisyńskiej, czyli rosnącej wszędzie w Etiopii trawy) zagniata się z ciepłą wodą, drożdżami i solą, a tak uformowaną masę odstawia się na kilka dni… żeby miała czas sfermentować.

Dopiero potem  robi się z niej wielkie naleśniki, które je się w towarzystwie kilku sosów na bazie warzyw czy mięsa. I już – cała filozofia. Natomiast smak naleśnika jest dyskusyjny – jest on charakterystyczny i kwaskowaty, więc część ludzi może zniechęcić już po pierwszym kęsie. Kwestia gustu, ot co.

Zanim wyjechałem do Etiopii, zdążyłem naoglądać się zdjęć tego dania i jego opisów oraz zapewnień, że w tym kraju można zjeść injerę na każdym rogu ulicy, zatem po wylądowaniu na miejscu zapragnąłem w końcu jej spróbować. I wiecie co? Udało mi się to tylko raz! Nie miałem widać szczęścia do skisłego naleśnika. A zatem zjeździłem pół Etiopii, w międzyczasie szukając miejsca, gdzie w końcu będę mógł zakosztować dania ze zdjęć obejrzanych w internecie. Przejechałem ponad tysiąc kilometrów i zawsze okazywało się, że:
1) nie mają injery 
lub
2) właśnie im się skończyła.

Owszem, ze dwa razy spróbowałem wariacji na temat tego dnia, czyli firfuru, co okazało się injerą maczaną w ostrym sosie chilli, ale… to była jedynie namiastka słynnego placka podawanego na bogato, z kilkoma sosami.

W pewnym momencie ten sfermentowany naleśnik stał się wręcz moją obsesją, a odbijanie się od drzwi restauracji i barów stało się już frustrujące, zatem… zacząłem być podejrzliwy! Przypomniał mi się film „Truman Show” i zacząłem sobie myśleć, że tak naprawdę krajobrazy Etiopii to tylko dobrze zaprojektowana scenografia filmowa, a injera w rzeczywistości nigdy nie istniała i była tylko fikcyjnym daniem wymyślonym na potrzeby programu, w którym nieświadomie od urodzenia gram główna rolę.

Moja teoria spiskowa rosła z każdym dniem do zatrważającego rozmiaru, a ja czułem się niemalże jak filmowy Truman Burbank, który właśnie dostrzegł pierwszy błąd w świecie kreowanym i zaplanowanym przez scenarzystów. I już prawie pogrzebałem swoje nadzieje na spróbowanie injery, kiedy to na trzy godziny przed odlotem z Etiopii szczęśliwie trafiłem do restauracji o nazwie Habesha 2000 w Addis Abebie. I wiecie co? To tam właśnie udało mi się w końcu zdobyć Świętego Graala tamtejszej gastronomii – sfermentowany naleśnik z sosami we własnej osobie!

A miejsce to nie byle jakie, bowiem ta restauracja uchodzi za jeden z najbardziej znanych i modnych miejsc kulinarnych na mapie stolicy Etiopii. Wieczorami znalezienie miejsca w środku zakrawa na cud, a przy stolikach zasiadają tłumnie nie tylko turyści ale też bogatsi i modnie ubrani mieszkańcy Addis Abeby. Ceny (jak na realia kraju) nie należą do najniższych, więc klientela jest raczej z gatunku tych elitarnych. Zanim jednak weszliśmy ze znajomymi do wnętrza tego przybytku, musieliśmy przejść przez kontrolę bagażu, zupełnie jak na lotnisku. Wiedziałem, że w Addis Abebie po zmroku na ulicach jest dość niebezpiecznie, ale żeby aż takie środki bezpieczeństwa stosować w knajpie? No ale cóż – co kraj, to obyczaj.

Wnętrze restauracji okazało się ogromne, pełne wielkich lub nieco mniejszych stołów, kelnerów i kelnerek uwijających się jak w ukropie oraz… pełne głośnej muzyki! Bo tym, co oprócz jedzenia przyciąga tutaj co wieczór tłumy ludzi, są występy artystów, którzy grają, śpiewają i tańczą piosenki etiopskie. Do tego występują w tradycyjnych strojach, a całość jest naprawdę ciekawie wyreżyserowana, więc można uznać, że jedzenie jest tutaj jedynie ciekawym dodatkiem do sztuki. No dobrze, sztuki trochę w stylu Cepelii, ale i tak nie ma co narzekać! Gra muzyka, fajnie jest.

No, ale mnie tutaj przygnała na skrzydłach fama, że to właśnie w Habeshy serwują najlepszą injerę w mieście. I rzeczywiście – kiedy zobaczyłem tę pozycję w menu, więcej – kiedy obok, na potwierdzenie słowa pisanego,  widniało pismo obrazkowe w postaci zdjęcia mojego upragnionego naleśnika w towarzystwie całej kampanii sosów, moje serce zaczęło szybciej bić, łzy szczęścia pociekły mi po policzkach i poczułem się, jakbym właśnie miał postawić swoją stopę na Księżycu!

Zanim to nastąpiło, miła pani kelnerka przyniosła jeszcze tacę z miseczkami z wodą i małe ręczniczki, żeby każdy z nas umył sobie ręce przed posiłkiem, bowiem tę potrawę je się palcami. I w końcu, po niecałych 15 minutach oczekiwania, na stół wjechała ONA – królowa gastronomicznej Etiopii, czyli Pani Injera Skisła we własnej osobie!

Pierwsze co rzucało się w oczy to jej wielkość – bo wypełniała sobą przeogromną tacę o średnicy pewnie około 60 cm. Cudowny, sfermentowany naleśnik – gigant upstrzony licznymi dziurkami od powietrza, powstałymi podczas przerastania ciasta. Do tego pani kelnerka przyniosła koleją wielką tacę z kilkunastoma miseczkami wypełnionymi sosami w różnych kolorach i różnych smakach, które zaczęła wylewać wprost na injerę. Ach, jakże naiwni byliśmy kiedy zamawialiśmy inne potrawy – powinniśmy skupić się tylko na tej jednej, bowiem ogromnym plackiem spokojnie mogłyby najeść się trzy lub cztery osoby. Sosy okazały się fantastycznie doprawione, a kiedy któregoś brakowało – miła pani kelnerka przynosiła dokładkę. I nawet kwaśny smak naleśnika nikomu nie przeszkadzał, bo całość była naprawdę fantastyczna.

I kiedy tuż obok dwie piękne panie tańczyły, orkiestra grała znane etiopskie melodie, dookoła słychać było gwar rozmów, a ja pochłaniałem kolejne porcje injery, stwierdziłem, że nawet jeśli świat dookoła jest tylko doskonałą scenografią filmową, to jednak warto w nim żyć choćby po to, żeby spróbować skisłego naleśnika w pewnej niebywale modnej restauracji w stolicy Etiopii…

Tutaj przeczytasz o ceremonii inicjacyjnej w pewnym etiopskim plemieniu.

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-